HORN  Biały Kubrak [1]  
 

Herman Melville (1819-1892), amerykański powieściopisarz i poeta, porzuciwszy dorywcze zajęcie nauczyciela, został marynarzem. Służył na wielorybnikach  a wrażenia z tych podróży  znalazły swój wyraz w powieściach Tajpi, Omoo, Mardi i in. tudzież w arcydziełach literatury amerykańskiej Moby Dick i Pierre. Służba na fregacie wojennej Stanów Zjednoczonych (1843) dała impuls do napisania książki Biały Kubrak (White Jacket). Książka przedstawia "wewnętrzne życie okrętu wojennego", wprawdzie nie konkretnego okrętu i konkretnej załogi, ale jednak jak najbardziej realistycznego, z bogatą galerią postaci, odmalowanych za pomocą obrazowych opisów. Akcja powieści rozpoczyna się tuż przed podniesieniem kotwicy na fregacie w ostatnim porcie na Pacyfiku w jej drodze powrotnej do kraju wokół przylądka Horn.



Biały Kubrak
czyli świat okrętu wojennego.

/White Jacket or The world in a Man-of-War./

(rozdz.XXIV-XXIX)
Przedstawiam przylądek Horn. Psie życie w pobliżu przylądka Horn. U przylądka. Garść refleksji w związku z przeciwstawieniem się Wściekłego Jacka rozkazom przełożonego. Odpływamy od przylądka. Nocne wachty.


Przedstawiam przylądek Horn
  
     Tak więc poprzez  dżdżyste mgły i opary, pod mokrymi, podwójnie zrefowanymi marslami, o ciągle mokrych pokładach fregata nasza podchodziła coraz bliżej do tego szkwalistego przylądka.
      Kto o nim nie słyszał? Przylądek Horn, przylądek Horn to prawdziwy  r ó g  na jaki nadział się niejeden dobry statek. Czy zejście do piekieł Orfeusza, Ulissesa lub Dantego było wspanialsze niż okrążenie przez pierwszego nawigatora tego straszliwego przylądka?
     Niejeden udający się w podróż statek został zawrócony jak na pięcie przez zachodni wiatr i przegnany poprzez Południowy Ocean ku Przylądkowi Dobrej Nadziei, aby tą drogą znaleźć sobie przejście na Pacyfik. Burzliwy przylądek niewątpliwie posłał bez wieści wiele pięknych jednostek na dno. Na tych krańcach ziemi nie ma kronikarzy. Cóż więc oznaczają te połamane drzewca i porwane wanty, jakie dzień za dniem unoszą się przed dziobami szczęśliwszych statków? Albo te wysokie maszty wbite w przepływające mimo góry lodowe? Są tylko drobnym wspomnieniem  starych opowieści o statkach, jakie wyruszyły ze swych portów i o jakich słuch zaginął.
     Przylądek nie do przebycia! Można się do niego zbliżać z tego czy z owego kierunku, z którego się komu podoba, ze wschodu czy z zachodu, mając wiatr z rufy, z burty czy z baksztagu, zawsze Horn pozostanie Hornem. Przylądek Horn wybije z głowy żeglarzom słodkich wód wszelką zarozumiałość, a tych ze słonych wód zanurzy w prawdziwej solance. Biada nowicjuszom, biada ryzykantom, niebo niech ma ich w opiece!
     Śródziemnomorski kapitan, który z ładunkiem pomarańcz wesoło przepływał dotychczas Atlantyk, bez zwijania nawet bramsli, często dostaje u przylądka Horn taką lekcję, że starczy mu jej do grobu, tylko że zbyt  wiele razy grób tak szybko następuje po lekcji, że nie ma już żadnej korzyści z tego doświadczenia.
     Inni zaś, którym brak jest doświadczenia, zbliżając się do tego patagońskiego krańca naszego kontynentu, mając głowę nabitą wiadomościami o katastrofach okrętowych, ostrożnie refują marsle i starannie wszystko mocują, a spotkawszy nieoczekiwanie dość gładkie morze, pochopnie dochodzą do wniosku, że cały ten przylądek to nic innego jak straszak, że opowieści, jakimi ich zarzucano, o tych wszystkich rozbiciach i zatonięciach to nic innego jak brednie wyssane z palca.
    - Odrefować, chłopaki, postawić wszystkie bramsle! Przygotować się do postawienia bocznych żagli na stendze fokmasztu!
    Ale, Kapitanie Gorączka, byłoby bezpieczniej, gdyby te pańskie żagle zostały w magazynie żaglomistrza. Bo właśnie gdy niebaczny statek mknie przez fale, z morza podnosi się czarna chmura, słońce znika z nieba, a straszliwa rzadka mgła rozpościera się daleko i szeroko po wodzie.
    - Uwaga na fałach! Luzować! Wybierać gejtawy!
    Za późno.
    Zanim bowiem zrzucono końce lin z kołków, już dmie huragan, wdziera się do samego gardła. Maszty stają się wikliną, żagle wstążeczkami, olinowanie włóczką, cały statek znajduje się w spienionych falach sztormu.
    Tak więc gdy pierwsza zielona fala przeleci po Kapitanie Gorączce, a on sam nie zostanie nią zmyty z pokładu, pełne ręce ma roboty. Według wszelkiego prawdopodobieństwa wszystkie jego maszty poszły za burtę, a na domiar nieszczęścia żagle unoszą się w powietrzu. A może statek został burtą ustawiony do wiatru lub nagle dostał wiatr z zawietrznej? Tak w jednym, jak i w drugim wypadku niech niebo ma w swojej opiece marynarzy, ich żony i maleństwa, niech też nie zapomni o tych, co statek ubezpieczyli.
    Dzielny człowiek po zapoznaniu się z niebezpieczeństwem staje się jeszcze dzielniejszy, ale mniejszym ryzykantem. Tak samo żeglarze. Ten, który najczęściej okrąża przylądek Horn, czyni to jak najostrożniej. Doświadczonego żeglarza nigdy nie oszukają zdradzieckie wiaterki, jakie go czasem swoimi podmuchami przyjemnie wabią ku szerokościom przylądka. Nie zbliży się on do pewnej od niego odległości, na jaką się już uprzednio zdecydował, zanim cała jego załoga nie doprowadzi statku do gotowości sztormowej, a wiatry mogą być nie wiem jak łagodne, w dół idą bramreje.. Zakłada najsilniejsze sztormowe żagle, na pokładzie zaś wszystko porządnie mocuje. Statek, przygotowany na najgorsze, dostając przy okrążaniu cypla uderzenie z burty, zwykle daje sobie radę, jeżeli nie, wszyscy idą na dno z czystym sumieniem.
    Wśród kapitanów są tacy, co uważają ducha przylądka za złośliwą, kapryśną sekutnicę, której trzeba schlebiać, by ją ugłaskać i skłonić do łagodności. Przede wszystkim zbliżają się bez nadwerężania żagli, nie sterują też śmiało wprost na przylądek, lecz halsują to w jedną, to w drugą stronę, podchodząc ku niemu bokiem. To znów starają się o względy czarownicy założeniem bocznego żagla na bramreję, żeby wkrótce przebłagać jej gniew podwójnie zrefowanymi marslami. Gdy w końcu zacznie wywierać swą nienasyconą wściekłość, a dookoła zdezelowanego statku sztorm wyje i wyje całymi dniami, oni wciąż nie ustają w swoich wysiłkach. Z początku próbują bezwarunkowej kapitulacji, zwijając każde płótno i kładąc się w dryf, by sztorm miotał statkiem jak kłodą dokąd mu się podoba.
    Gdy to nie pomoże, stawiają trajsel i kładą się na drugi hals. To również na próżno! Wichura wyje ciągle zachrypłymi głosami jak przedtem. W końcu wiatr obraca się pomyślnie, sprzątają więc fokżagiel, brasują reje na fordewind i pędzą z wiatrem a nieprzebłagany wróg ściga ich huraganami, jakby chciał do końca okazać, jaki jest nieczuły.
    Inne okręty nie napotykając straszliwych sztormów, spędzają tydzień za tygodniem, usiłując okrążyć ten niespokojny narożnik świata przy stale przeciwnym wietrze. Kładąc się to na jeden, to na drugi hals, "polerują", w języku marynarzy, przylądek przez kręcenie się tak długo w jego sąsiedztwie.
    LeMaire i Schouten, dwaj Holendrzy, byli pierwszymi nawigatorami, którzy okrążyli przylądek Horn. Przed nimi przechodzono na Pacyfik Cieśniną Magellana, zresztą wówczas nie wiedziano z całą pewnością, czy istnieje jakaś inna trasa i czy ląd obecnie zwany Ziemią Ognistą jest wyspą, czy nie. Kilkanaście mil na południe od Ziemi Ognistej znajduje się rój małych wysepek Diegoes (Diego Ramirez), a między nimi i poprzednią wyspą znajduje się cieśnina Le Maire, zwana tak na cześć odkrywcy, który pierwszy przepłynął tamtędy na Pacyfik. L Maire i Schouten na swych małych niezgrabnych statkach napotkali całą serię potężnych sztormów, co było zapowiedzią długiego ciągu podobnych trudów, jakich doświadczyła większość ich następców. Znamienny to fakt, że statek Schoutena "Horne", który dał swe imię przylądkowi, omal nie został rozbity opływając go.  [Melville myli się, Schouten opływając przylądek w 1616r.  nazwał go "Kap Hoorn" na cześć rodzinnego miasta
    Następnym żeglarzem, który okrążył przylądek był Sir Francis Drake. Ten uczestnicząc w wyprawie Raleigha i ujrzawszy po raz pierwszy z przesmyku Dairen "ogromne Południowe Morze", przysiągł, jak na prawdziwego Anglika przystało, że jeśli Bóg mu pozwoli, popłynie na nie angielskim okrętem, czego też ten dzielny marynarz dokonał, ku ogromnemu niezadowoleniu Hiszpanów na wybrzeżach Chile i Peru.
    Może największe trudy, jakie zapisała historia podczas dokonywania tego osławionego przejścia, stały się udziałem eskadry lorda Ansona w roku 1763. Przetrwały trzy znamienne i niezmiernie interesujące opisy tych nieszczęść i cierpień. Jeden, pisany wspólnie przez cieślę i działomistrza z okrętu "Wager", drugi przez młodego Byrona, midszypmena na tym samym okręcie  [John Byron - admirał brytyjski, dziadek sławnego poety George'a  Gordona Byrona], i trzeci przez kapelana na "Centurionie". Biały Kubrak ma wszystkie trzy, będące znakomitą lekturą na burzliwą marcową pogodę, gdy w uszach brzęczą drgające ramy okien, na bruk walą się kominy z dachu, a wszystko oblane strugami deszczu.
    Jeśli jednak chcecie mieć najlepsze pojęcie o przylądku Horn, weźcie do ręki niedoścignione dzieło mego przyjaciela Dany Dwa lata marynarzem. [Henry Dany, Two years Before the Mast (1840), wyd. pol. Pamiętnik żeglarza]   Umiecie czytać, więc powinniście to znać. Rozdziały, gdzie opisuje przylądek Horn, musiały być pisane soplem lodu.
    W obecnej dobie okropności przylądka nieco zelżały, a to dzięki coraz lepszemu poznaniu go, ale przede wszystkim dzięki poprawie warunków na okrętach pod każdym względem i powszechnie obecnie stosowanym środkom zmierzającym do ochrony zdrowia załóg w warunkach, gdy naraża się je na nadmiernie długie wystawianie się na surowe działanie aury.
Psie życie w pobliżu przylądka Horn
    Robi się coraz zimniej, podchodzimy blisko przylądka. Teraz opończe, kurtki wszelkiego rodzaju, jednorzędowe, dwurzędowe, sztormowe, obcisłe, luźne, krótkie, długie, nieprzemakalne olejowe i te malowane, kurtki wszelkiego rodzaju stają się nakazem chwili, nie wyłączając nieśmiertelnego białego kubraka, który trzeba teraz zacząć zapinać pod samo gardło i obciągać za poły energicznie w dół, żeby porządnie zakryć nim krzyże.
    Niestety, te poły były rozpaczliwie kuse, a chociaż ze swoim wypikowaniem kubrak był na piersiach nafaszerowany jak bożonarodzeniowy indyk i w suchy, zimny dzień wystarczająco grzał w tej okolicy swego właściciela, na lędźwie go nie starczało, był krótszy niż spódniczka baletnicy. Tak więc gdy moja pierś znajdowała się w strefie umiarkowanej, na pograniczu tropików, moje lędźwie były w Nowej Ziemi, o rzut soplem lodu od bieguna.
    Trzeba dodać, że ustawiczne moknięcie i wysychanie, jakie przechodził, doprowadziły do tego, że w owym czasie porządnie się skurczył, szczególnie w rękawach, tak, że mankiety stopniowo podpełzły prawie do łokci i trzeba było energicznie wpychać w nie ręce przy wkładaniu.
    Starałem się naprawić te braki przez doszycie przy połach czegoś w rodzaju płóciennej falbanki dla przedłużenia czy uzupełnienia pierwotnego dzieła i to samo zrobiłem przy mankietach.
    Nadszedł czas ceratowych ubrań, grubych płaszczy, wysmołowanych spodni i kombinezonów, rybackich butów, szalików, rękawic, wełnianych skarpet, swetrów, grubych koszul, koszul zamszowych i łososiowych kalesonów. Okrycie każdego człowieka stało się jego wigwamem, a jego czapka kambuzem. Pod względem ubioru zezwolono załodze na kompletną dowolność. Co kto mógł wygrzebać i zebrać, to wkładał na siebie - owijając się starymi żaglami i naciągając na głowę stare skarpety jako kominiarki. Nadszedł czas zabijania rąk i głośnego mówienia, żeby utrzymać żywy obieg krwi.
    Zimniej, zimniej, coraz zimniej, aż całkiem blisko zobaczyliśmy flotę gór lodowych płynącą na północ. Potem był już bez przerwy taki mróz, że prawie odpadały nam palce u rąk i nóg. Zimno, i to takie jak w owej legendarnej krainie, gdzie, jak mówią marynarze, ogień zamarza.
    Podchodząc do południka przylądka Horn posunęliśmy się na południe, żeby bezpiecznie obejść go z daleka, i dostaliśmy się w kompletny sztil, a być unieruchomionym ciszą u przylądka Horn jest gorzej, grubo gorzej niż dostać się w obszar ciszy na równiku.
    Przez całe czterdzieści osiem godzin tkwiliśmy tam bez ruchu, a zimno było przenikające. Dziwiłem się, że morze jest jeszcze płynne i nie zamarza przy takiej temperaturze. Czyste, zimne nad głową niebo wyglądało jak czynel z niebieskiej stali, który by pewnie zadźwięczał, gdyby się udało uderzyć w niego. Nasze oddechy ukazywały się i znikały jak kłęby dymu wydobywające się z fajki. Z początku dostaliśmy długą, nieregularną martwą falę, co zmusiło nas do zwinięcia większości żagli, a nawet do opuszczenia bramrej, z obawy, by nie znalazły się za burtą.
    Bez widoku lądu u krańca tego nie zamieszkanego i nie nadającego się do zamieszkania świata nasza zaludniona fregata, rozbrzmiewająca głosami ludzi, beczeniem jagniąt, gdakaniem drobiu, chrząkaniem świń, wydawała się prawdziwą arką Noego, unieruchomioną ciszą w kulminacyjnym punkcie Potopu. Nic nie można było zrobić, tylko cierpliwie zdać się na łaskę żywiołów i gwizdać, by sprowadzić wiatr, zgodnie z marynarskim zwyczajem w wypadku ciszy. Zakazano rozpalania jakiegokolwiek ognia, z wyjątkiem niezbędnego do gotowania i grzania butelek z wodą, by kapitan miał ciepło w nogach. Ten, kto posiadał największy zapas żywotności, miał najlepszą szansę uniknąć zamarznięcia. To było przerażające. W takich warunkach pogodowych każdy mógłby z łatwością poddać się amputacji i jeszcze samemu pomagać w przewiązywaniu arterii.
    Stan ten nie trwał jeszcze dwudziestu czterech godzin, ale niezwykle mroźne powietrze wraz z naszą wzrastającą tendencją do bezczynności wkrótce dostarczyłyby spośród nas pacjentów chirurgowi i jego pomocnikom, gdyby humanitarne zarządzenie kapitana nie zmusiło nas do energicznej ruchliwości.
    Należy tu nadmienić, że pojawienie się bosmana ze srebrnym gwizdkiem w ustach przy głównej zejściówce pokładu działowego zawsze wywołuje wśród załogi ogromne zaciekawienie, gdyż oznacza ogłoszenie jakiegoś ogólnego rozkazu dla całego okrętu. Co to będzie? Takie pytanie krąży od jednego marynarza do drugiego. Krótki, wstępny gwizd oddany przez "Starego Bajarza", jak go nazywają, przywołuje do niego czterech jego pomocników z różnych stanowisk. Wówczas Bajarz lub Fujarka, jako prowodyr zespołu, rozpoczyna szczególnego rodzaju wołanie, w którym wspomagają go pomocnicy. Po czym rozkaz zostaje głośno wyśpiewany i powtarzany, aż dotrze do najodleglejszego zakątka. Bosman i jego pomocnicy spełniają na okręcie wojennym funkcje miejskich obwoływaczy.
    Po południu panowała cisza, zaś następnego ranka załogę poderwał ogólny rozkaz: - Czy słyszycie tam na całym okręcie! Cała załoga do swawoli!
    Takie polecenie, obecnie nie stosowane, z wyjątkiem bardzo rzadkich okoliczności, wywarło na ludziach skutek podobny do gazu rozweselającego albo dodatkowej racji rumu. Na jakiś czas normalna dyscyplina została złamana i nastało kompletne rozpasanie. Tu wieża Babel, ówdzie dom wariatów, a istne piekło wszędzie. W porównaniu z tym, co się działo teraz, przedstawienia teatralne były niczym. Bojaźliwi i nieśmiali zaszyli się w swoich kryjówkach, a w pełni wigoru i zuchwali krzyczeli z radości. Bandy marynarzy w najróżniejszym i najdziwniejszym przebraniu, tak wariackim jak podczas jakiegoś szalonego karnawału, biegały we wszystkie strony, chwytając kogo się dało, z wyjątkiem podoficerów i niebezpiecznych pięściarzy, ciągnąc i wlokąc nieszczęśników tak długo, aż rozgrzali ich na dobre. Niektórych wiązano i podciągano z zapałem do góry, innych wsadzano okrakiem na wiosła i biegano z nimi wzdłuż relingu, ku wrzaskliwej radości widzów, z których każdy mógł być następną ofiarą. Zawieszono u marsów i masztów huśtawki, a celowo wybierając najbardziej niechętne, szamoczące się ofiary, huśtano je ze wschodu na zachód, ogromnymi łukami, prawie do utraty tchu. Tańczono horn-pipe'y [hornpipe - skoczny taniec marynarski z epoki żaglowców, nazwa pochodzi od instrumentu podobnego do kobzy], fandango, dżiga, wirowe i kadryle pod samym nosem najpotężniejszego kapitana, i to nawet na pokładzie rufowym i na rufie. Organizowano zapasy i walki bokserskie, wymieniano ciosy w stylu Kentucky i indiańskie chwyty. Wrzawa straszyła ptactwo morskie, które przyspieszało swój lot.
    Warto nadmienić, że nie obeszło się bez kilkunastu obrażeń ciała, ale opowiem tylko o jednym. Gdy swawola doszła do szczytu, jeden z marsowych fokmasztu, paskudny Portugalczyk o nieznośnym usposobieniu, przysiągł, że wyprawi na śmierć każdego, kto zada gwałt jego nietykalnej osobie. Posłyszawszy te pogróżki, gromada awanturników zaszedłszy go od tyłu natychmiast podniosła go do góry i Portugalczyk w mgnieniu oka znalazł się na wiośle, galopem obnoszony przez wrzaskliwy tłum po całym pokładzie z prędkością pociągu. Żywa masa ramion wokół niego była tak gęsta, że ilekroć przechylił się na jakąś stronę, natychmiast go poprawiano potężnymi pchnięciami by siedział prosto. Nagle rozwścieczony marynarz, uwolniwszy swe ręce od trzymających go, wyciągnął z zanadrza żelazny kołek i zaczął nim na oślep okładać na lewo i na prawo. Większość jego prześladowców uciekła, ale siedmiu czy ośmiu wytrwało na miejscu i ciągle trzymając go w górze usiłowało wyrwać mu broń z ręki. Podczas tej szamotaniny jeden z marynarzy oberwał po głowie i upadł bez przytomności. Myślano, że nie żyje i zaniesiono go do chirurga Cuticle'a, Portugalczyka zaś wzięto pod straż. Ale rana nie okazała się zbyt poważna i po kilku dniach człowiek ten spacerował po pokładzie z porządnie obandażowaną głową.
    Wypadek ten zakończył "swawolenie", a dalsze rozbijanie głów zostało surowo zakazane. W swoim czasie Portugalczyk zapłacił surową karę za swą krewkość na gretingu, oficerowie zaś ponownie przybrali swoje rufowe oblicza.
 next
 
# Biały Kubrak [1] KM"HORN"