HORN  ŁAMANIE KOŚCI – czyli „Biały Szkwał” na śródlądziu - opowieść Tomka #
 

 

przed Guzianką

Wielu z nas czytało lub słyszało o rzadkim bo rzadkim, ale czasem występującym zjawisku atmosferycznym zwanym... Biały Szkwał.
Czytać lub usłyszeć o tym przy okazji „ogniskowego szkolenia” tudzież kursu na żeglarza lub sternika, a zobaczyć i przeżyć na własnej skórze to odmienne doświadczenia.

Nie będę opowiadał o tym jak fantastycznie może być na mazurskim rejsie: słońce, woda, biel pokładu wypieszczonej łódeczki, dzikie brzegi, bobry, żebraki (łabędzie i kaczki) pukające złośliwie o brzasku w burty ...
Tak było przez trzy dni naszej wyprawy aż do Guzianki.
 

 

Guzianka- przeprawa Pierwsi cumujemy przy kei w Guziance (TWISTER 800 – 7 osób na pokładzie), czekając na drugi jacht w tej wyprawie (TANGO 780F – 5 osób na pokładzie). Już czekając słyszymy znad ściany drzew ponure pomruki nadciągającej burzy. Ponaglamy przez radio załogę TANGO i po niedługim czasie jesteśmy w komplecie. Jeszcze uzupełnienie zapasów w sklepie na skarpie i... bez problemów ale w tłoku śluzujemy się na drugą stronę.
Głuchy pomruk słychać coraz częściej i donioślej, więc podkręcamy manetki silników by zdążyć wyjść na Nidzkie i zaczaić się gdzieś na „dziko”.
W takich chwilach moja Babcia mówiła, że to anieli grają w kręgle. Noooooo.... to były chyba zawody z Piekłem o nasze Dusze.

Wyjście na Nidzkie i trochę szersza perspektywa nadciągającego kataklizmu uświadamia nam, że możemy zapomnieć o dojściu do „dzikiego postoju”. W momencie przewijają mi się karty stron literatury opisujące wybory w takich wypadkach pomiędzy brzegiem nawietrznym, a zawietrznym, o ustawianiu się pod wiatr i uziemianiu jachtu oraz wszelkich środkach ostrożności razem z „Ojcze Nasz”. Przy całej naprzód wchodzimy w wąskie zakole z betonowym nabrzeżem przystani "U Andrzeja".
Sino-granatowa zasłona wyłania się z nad drzew w momencie, kiedy kończymy się wiązać do nabrzeża. Atmosfera gęsta i kompletna cisza, a powietrze można kroić i smarować nim chleb nawet czerstwy bo ono go i tak rozmiękczy. Jeszcze rzut oka czy wszystko jest ok., wyrzucony sztormiak do kokpitu i zaczęło się....
Ściana wody z przytłaczającym ją do lustra jeziora wiatrem wywołuje we mnie dreszcz jak za pacholęcych lat, kiedy wchodząc do piwnicy po ziemniaki miałem wrażenie, że tuż za drzwiami czai się coś strasznego, co mnie porwie lub pożre. Wtedy to przerażenie znikało po zapaleniu światła, ale tu nie było włącznika...
Wiatr z masą wody przyciska mnie lekko do pokładu, pada komenda: „Wszyscy z jachtu i na górę!!!” Pioruny walą na oślep, aż strach stać przy jachcie pomiędzy drzewami w obawie przed choćby rykoszetem. Świst, huk - nie -  RYK WIATRU powoduje że Kamil, który został ze mną i Beatą aby trzymać w rękach jacht walący silnikiem w betony nie słyszy tej drugiej zupełnie.
Kątem oka widzę słabo zarysowane sylwetki załogi TANGO zmagającej się z puszczającą kotwicą. Podbiegam, może potrzebują pomocy.  „Znosi Nas na inne jachty !!!” – słyszę od Ali krzyczącej mi do ucha i wyciągam Anię z niewielkiej luki pomiędzy rufą jachtu a nabrzeżem, trzymającą obijacze w rękach. Rafał próbuje jeszcze opanować kotwicę – niestety nadal nie trzyma. Decyzja jest szybka – Przepinamy bokiem.
Potem wracam do naszego jachtu. Wiatr jest tak silny, że TWISTER stoi na samym takielunku  w 20 – 25 stopniowym przechyle – ten widok mnie powala. Na szczęście nasza kotwica trzyma, czego nie można powiedzieć o kilku innych jachtach zerwanych z uwięzi i jak wściekłe psy rzucających się do burt sąsiadujących jednostek.

Po kilku minutach wiatr słabnie na tyle, że można pozostawić łódki samopas i schować się w kawiarni. Wcześniej widziałem jak Rafał (Franek) wiąże ostatnią cumę na poler i znika w ścianie wody.

W kawiarni spokój tylko pozorny.
Wygaszone światła, zapalone świece, wyłączone komórki...., a pomiędzy metalowym dźwiękiem walących piorunów i stroboskopem ich blasku rozświetlającego raz po raz to grobowe wnętrze, dochodzi mnie przerażony głos Marioli – Franek złamał chyba żebra!...

Franek-Rafał w szpitalu...

Franek leży na ławkach – nie wygląda kwitnąco. Rozcięty łuk brwiowy i zalewająca go fala krwi przyprawia o dreszcz. Problemy z oddychaniem i relacja z przebiegu wydarzeń sugerują faktycznie  złamane żebra.
Wezwane pogotowie przyjeżdża z Pisza w 25 minut.
W międzyczasie znajduje się na sali przeszkolony ratownik, który przykłada Frankowi lód do boku sprawiając mu tym wyraźną ulgę. Torujemy karetce drogę zatarasowaną przez konary, wskazując przejazd pomiędzy powalonymi drzewami (aż strach pomyśleć co by było, gdyby jedno z nich zwaliło się na któryś z jachtów). Diagnoza – Franek do szpitala.
Spędzi tam dwa dni, a my będziemy na niego czekać.

Jak do tego doszło?
Rafał w zamieszaniu schodził pod pokład, poślizgnął się łamiąc żebra i rozcinając łuk brwiowy. Wołał pomocy, ale nikt go nie słyszał. Gdy doszedł do siebie wyszedł o własnych siłach, dokończył cumowanie jachtu i dopiero gdy jacht był bezpieczny poczuł, że nie wszystko jest OK. Adrenalina wzięła górę nad bólem, który poczuł dopiero gdy zakończył walkę z jachtem.

załoga

Po wszystkim idziemy obejrzeć jachty i przygotować się do noclegu. Będzie on inny od dotychczasowych, bo załoga w uszczuplonym składzie - bez Franka i... z emocjami, których nie zapomnimy.

Po dwóch dniach Franek (złamas) wrócił w gorsecie i dokończył rejs.

..............................................................................................................
Tomasz Tyra


 

 

 
# ŁAMANIE KOŚCI – czyli „Biały Szkwał” na śródlądziu - opowieść Tomka KM"HORN"