HORN  Dryfując na Bornholm - wrzesień 2006 #
 

Dryfując na Bornholm - wrzesień 2006

 
Wreszcie w ciągu roku przychodzi czas na rejs po Bałtyku. Tydzień pływania 9-16 wrzesień 2006 roku na s/y Dryf. Dla mnie to jest moje ukochane morze i tak jak w słowach piosenki żeglarskiej:
Hej me Bałtyckie Morze
Wdzięczny Ci jestem bardzo
Toś Ty mnie wychowało
Toś Ty mnie wychowało
Szkołeś mi dało twardą
i tak dalej……

Nam szkołę dało twardą już nasze kochane PKP oraz trochę nietypowy bagaż w postaci między innymi zużytego akumulatora. Różne rzeczy robiłem ale wlec ze sobą zepsuty akumulator nad morze tylko po to żeby go zostawić na wymianę. Cała nasza czwórka nieźle się nadźwigała, czyli ja, Jerzy Ziętal , Rafał Frankiewicz i Krzysztof Reszke. Dotarliśmy wreszcie do Świnoujścia a na dworcu jakaś kobieta zaproponowała nam przewóz bagażu wózkiem do portu. Chyba nie bardzo wiedziała co robi bo jak zapakowaliśmy biedke to ledwo ledwo mogła nią ruszyć z miejsca. Przedostaliśmy się promem na druga stronę i dotarliśmy wreszcie do basenu północnego gdzie czekał na nas z utęsknieniem Adam Rogaliński i nasz s/y Dryf. Adam przekazał mi jacht poprzeglądaliśmy żagle ( no właśnie żagle ale o tym później ) jeszcze drineczek na pożegnanie i Adam z torbą na ramieniu pobiegł na pociąg. My natomiast poszliśmy pozwiedzać miasto zrobić zakupy i zjeść pyszną smażoną rybę. Najedzeni, wypoczęci wróciliśmy na jacht po drodze sprawdziliśmy jeszcze prognozę pogody. Oczywiście żeby nie tracić czasu na lądzie uruchomiliśmy silnik, jeszcze rzut oka na mapy, oddaliśmy cumy i skierowaliśmy się w stronę odprawy WOP. Panowie żołnierze skrupulatnie nas policzyli, zadając pytanie: "gdzie to tak po nocy się wybieramy". Padła odpowiedź że do Sassnitz.

Uwaga dla żeglarzy: przy podejściu do nabrzeża WOP jest bardzo silny prąd, my podchodziliśmy dziobem pod prąd i oddaliśmy jako pierwszą cumę dziobową przy czym desant na nabrzeże wykonał Jurek.

Odprawieni wypłynęliśmy i idealnie pod wiatr bokiem toru wodnego pognaliśmy na motorku w siną dal. Kołysało naszym Dryfem oj kołysało, ale pod fale szedł nawet dzielnie. Mieliśmy też trochę szczęścia do pogody bo zaledwie parę dni wcześniej było sztormowo, co naszym poprzednikom dość istotnie pokrzyżowało plany pływania. Wreszcie odłożyliśmy się na Sassnitz i w towarzystwie łysego na niebie oraz latarni Greifswalder Oie pożeglowaliśmy do Niemiec.

Przy świeżym wietrze postanowiliśmy rozwinąć genuę, a tu niespodzianka na całym jachcie nie było naszej genui. Wracaliśmy pamięcią jak to możliwe, że była i jej nie ma. Aż wreszcie doszliśmy do tego co się stało. Mianowicie kiedy rozwijaliśmy żagle do suszenia każdy miał swój, ale kiedy je składaliśmy Adam był już w pociągu. Cała nasza czwórka wróciła na jacht z żaglami pod pachą i nikt się nie zorientował, że przecież jest nas teraz o jednego mniej czyli gdzieś na place musiał zostać jeszcze jeden żagiel. Ponieważ była już szarówka to rozłożona trochę dalej na ziemi genua nikomu nie rzuciła się w oczy. Na szczęście przez Adama ustaliliśmy telefon do bosmana, który był bardzo zdziwiony, że nie wróciliśmy zaraz po żagiel.

Do Sassnitz wchodziliśmy już za dnia. Już z daleka widać było bielutkie klify na północ od miasta. Owe kredowe urwiska półwyspu Jasmund stanowią Park Narodowy, który warto zobaczyć. Samo miasto urokliwe, ładny ryneczek, przyjazny port. Wieczorkiem z Frankiem i Rechą poszliśmy zdobywać klify, na kamienistej plaży napotkaliśmy wielkie przewrócone drzewo, które oczywiście posłużyło nam jako ławeczka, bo przecież zabraliśmy na spacer napoje chłodzące, jak na prawdziwych turystów przystało. Jurek natomiast postanowił zrobić królewską kolację. Mówię wam jak te gołąbki smakowały…….wow nie jadłem pyszniejszych. A wracają do plaży, usłana jest cała biało czarnymi kamieniami, które z przewierconą dziurką i przewleczonym rzemykiem sprzedają w sklepach pamiątkarskich za całe dwa Euro. My nazbieraliśmy sobie za darmo. Za to uważać trzeba na szczoteczki do zębów, które giną bezpowrotnie w łazience. Dziwne bo jak poszedłem do sklepu to się okazało, że wybór jest dość duży i ceny przystępne, więc nie wiem skąd się bierze to podstępne polowanie. Wniosek jak idziesz pod prysznic to szczoteczkę do zębów zabieraj ze sobą, nigdy nie zostawiaj jej na umywalce bo natychmiast ginie. Recha twierdził, że to pewnie sprawka Krzyżaków i chyba mu wierzę.

Opuściliśmy Sassnitz i skierowaliśmy się prosto na Bornholm. Wiatr nam sprzyjał, odkręcał na zawołanie tak jakby był przez nas zamówiony. Wachta za wachtą mijała, samotnie na pokładzie każdy miał okazję pożeglować przy pięknej pogodzie. Franka w nocy nastraszyli rybacy, tak sobie płynęli z rozwalonym światłem na dziobie, że cały czas widać było obydwa kolory i miało się wrażenie że specjalnie kierują się na nas dziobem. W nocy dotarliśmy pod Bornholm w okolicach Ronne. Szukaliśmy halsując równolegle do brzegu światła sektorowego, które pozwala ominąć podwodne skały i bezpiecznie wejść do portu. Ale coś to szukanie nam nie wychodziło, wreszcie po godzinie kręcenia się w miejscu decyzja: płyniemy do Nexo na drugą stronę wyspy "jak nam tutaj nie chcą światełek pokazać". Może to i kapitulacja ale z drugiej strony ładować się na ślepo to raczej słaby pomysł mimo posiadania najaktualniejszych map i locji oczywiście. Tak sobie wtedy pomyślałem, że chyba się chłopaki tak pospieszyli i nanieśli poprawki w czasie, kiedy dopiero kopali dziurę pod fundament tego światła sektorowego. Pewnie tak było he he……. Do Nexo dopłynęliśmy rano, minęliśmy przed wejściem wrak kutra, wcisnęliśmy się do ciasnego portu, swojego miejsca użyczył nam miły Duńczyk, który wieczorem został zaproszony przez nas na wieczorek zapoznawczy.

Trochę minęło zanim odnaleźliśmy miejsce, w którym można było dokonać opłaty portowej. Okazało się że można tego dokonać w markecie w porcie, a przy okazji zrobić zakupy. Między innymi kupiliśmy pyszny chleb, taki regionalny. Potem wybraliśmy się na zwiedzanie miasteczka. W tawernie przy porcie usiedliśmy przy lokalnym piwku, było bardzo dobre i bardzo drogie. A wieczorem z naszym nowym kolegą uczciliśmy naszą obecność w Nexo najpierw na naszym poczciwym Dryfie, który wzbudził wyraźne zdziwienie i zaciekawienie. Nasz gość nie mógł oderwać wzroku od naszego zabytkowego kompasu oświetlanego lampką naftową.

Następnego dnia po pysznym śniadaniu oddaliśmy cumy i obraliśmy kierunek na Christianso. Jak zwykle wiatr nam dopisał i przy słonecznej pogodzie lekko kiwając się na fali pożeglowaliśmy odwiedzić perłę Bałtyku. Słoneczko nas osmaliło tak jak byśmy po dalmackim wybrzeżu pływali, a przecież była połowa września. Trafiła nam się złota polska jesień. Christianso ledwo widoczne pojawiło się z lewej burty. Wejście do portu, a właściwie do naturalnej cieśniny między wyspami strzeżone jest od lewej podwodnymi skałami na które trzeba uważać. Na miejscu niespodzianka, od bosmana dostaliśmy folder o archipelagu i to w języku polskim, a na maszcie w porcie zawisła polska flaga. Miłe to uczucie, że jednak gdzieś na świecie dostrzegają nas Polaków i okazują sympatię.

Przepiękne miejsce, czuliśmy się jakby na tych malutkich wysepkach zatrzymał się czas. Warowne umocnienia z czasów konfliktu między Danią a Szwecją, rezerwat ptaków, kamienne domki jak z bajki, skaliste brzegi, krystalicznie czysta woda, ani jednego samochodu, cisza i spokój. Życie toczy się tu jak w zwolnionym tempie. Wszystko na wyciagnięcie ręki, zamyka się sklepik i jeszcze przed chwilą ekspedientka zmienia się w barmankę w knajpce, którą właśnie otwiera po drugiej stronie chodnika. Na wysepkach jest też specyficzna władza, mianowicie prawie o wszystkim decyduje tutaj gubernator z ramienia samego króla Danii.

Skończył się niestety raj i musieliśmy wracać. Wychodzimy z portu na noc. Piękna pogoda, wschodni wiatr, postawiliśmy genakera i Dryf pognał nad Bornholmem, bo zdecydowaliśmy się opłynąć tym razem Bornholm od północy. Kiedy już mieliśmy wyspę na prawym trawersie wiatr zaczął się odkręcać na północ, tak że jednym halsem z Christianso dopłynęliśmy do samego Świnoujścia, tam szybka odprawa i do basenu północnego po nasz pozostawiony żagiel. Bosman śmiejąc się wydał nam naszą genuę i oczywiście podziękował za załącznik, którym go obdarowaliśmy.

Ze Świnoujścia trzeba było jeszcze dotrzeć do Szczecina. Po drodze odwiedziliśmy Trzebież, gdzie odbywała się manewrówka na sternika jachtowego. Tam spędziliśmy uroczy wieczór i wyruszyliśmy do Szczecina do Pałacu Młodzieży gdzie rozstaliśmy się z Dryfem małą ale dzielną łódką, odwiedzając nieoczekiwanie marinę Gocław. Ale to na osobną opowieść. Podczas rejsu przebyliśmy 342 Mm żeglując przez 101 godzin, w tym pod żaglami 80 h, a na silniku 21 h.
Hej me Bałtyckie Morze………………

Galeria z rejsu tu

Wasyl


 
#  Dryfując na Bornholm - wrzesień 2006 KM"HORN"