WYSPY EGADZKIE majówka 2013

Miała być Malta, ale kolejny raz się potwierdziło, że na morzu decyduje Neptun, a on miał inne plany. Miały być dwa tygodnie i były, ale na Maltę się nie udało dopłynąć. Zwiedziliśmy za to Wyspy Egadzkie i kawałek północnej Sycylii. Też piękne miejsca, a Malta będzie za rok.
28 kwietnia wylądowaliśmy w Trapani, gdzie czekał busik z kierowcą i zawiózł nas prościutko do mariny w Marsala. Nasz jacht, Sun Odyssey 49 „Sofia”, jak to bywa u południowców, „manana”, nie do końca był przygotowany. Wiele rzeczy brakowało i „wyrwanie” ich od obsługi to nie taka prosta sprawa. Tym razem jednak mieliśmy czas.
Plan był taki, żeby jak najszybciej wypłynąć w stronę Malty, bo to jednak ok. 160 mil w linii prostej, więc 2-3 dni trzeba płynąć, ale pogoda na to nie pozwoliła.

W tle wejście do portu w Marsala.

Całą niedzielę, poniedziałek i wtorek wiało po 40-45 węzłów, czyli ok. 8 - 9°B więc wyjście z portu raczej w grę nie wchodziło. Trapani też piękne miasto, więc się nie nudziliśmy. Przy okazji wróciły wspomnienia sprzed roku :) W tym roku tylko Jolcia i ja wróciliśmy na Sycylię. Mam nadzieję, że nie ostatni raz.

Tu, rok temu, z całą załogą spędziliśmy upojną noc. Kto był to wie o co kamman.

Gdy się już „wydmuchało”, w środę opuściliśmy Marsalę i skierowaliśmy się na Wyspy Egadzkie. Tak, tak, nie na Maltę tylko Wyspy Egadzie. Straciliśmy 2 dni w Marsali przez sztorm. Do tego z południowej strony Sycylii nadal wiało dość silnie, 5 – 6°B, no i oczywiście z niewłaściwego kierunku, czyli ze wschodu, więc 160 mil halsówki nie bardzo nam się uśmiechało, tym bardziej, że statystyka wspomina o przewadze wiatrów zachodnich w tym rejonie, więc istniała duża szansa na powrót również pod wiatr.
Zachodnia i północna część Sycylii była osłonięta od wiatrów i prognozy mówiły raczej o wiatrach północnych, więc najpierw za cel obraliśmy najbardziej na zachód położoną wyspę Marettimo. Odległość niewielka, raptem 22 Mm. Wiatr słaby 1-2°B i faktycznie z północy, tak że trochę na żaglach, trochę na silniku i w okolicach południa zacumowaliśmy w porcie Scalo Nuovo. Port to może zbyt dużo powiedziane. Taka przystań dla łodzi rybackich i promu, bez wody i prądu. Staje się gdzie jest miejsce. Na wyspie jest jeszcze jeden port, Scalo Vecchio, ale ten to już wyłącznie dla rybaków i to o niewielkim zanurzeniu.

Porto Vecchio. Port dla rybaków.

A to nasz porcik.

Marettimo to górzysta wyspa z jedną miejscowością o tej samej nazwie. Urokliwe, wąskie uliczki i białe domy z niebieskimi okiennicami i drzwiami. Brak turystów, a i miejscowych nie za wielu widać na ulicach. Po prostu sielanka.

Uliczki Marettimo.

Następnego dnia wybraliśmy się na pieszą wycieczkę na cypel Punta Troia. Obecnie jest tam muzeum, czynne w sezonie, a maj to dla tubylców jeszcze nie sezon. Kiedyś było tam więzienie.
Widoki piękne, ale wycieczka mordercza. Mimo, że to tylko ok. 4 km, ale dla nieprzyzwyczajonych do maszerowania żeglarzy, w trudnym górzystym terenie i dodatkowo w upalny dzień.
To było wyzwanie! Resztę dnia i noc trzeba było przeznaczyć na regenerację sił.

W drodze do Punta Troia.

Punta Troia.

Dopiero we czwartek wypłynęliśmy w kierunku kolejnej wyspy, największej w archipelagu, Favignana.
Po drodze rzuciliśmy kotwicę w zatoce Cala Grande. Właściwie to rzucaliśmy dwa razy. Pierwsze miejsce było ładniejsze, ale obawa że łańcuch utknie między kamieniami na dnie, wypłoszyła nas stamtąd. Trochę się zresztą zaklinował, ale jakoś udało się uwolnić i przenieśliśmy się w inne miejsce. Był obiad, sjesta. Miała być kąpiel w morzu, ale ogromna ilość meduz z baaardzo długimi parzydełkami skutecznie zniechęcała.
Około 1700 podnieśliśmy kotwicę i ruszyli do portu Favignana. Po drodze wiatr zaczął nieco skręcać na wschodni i ciut mocniej przywiewać. Część załogi poruszyła temat refowania, więc aby przećwiczyć ten manewr założyliśmy 1 ref na grocie.

Praca przy żaglach :)

Jednogłośnie wszyscy stwierdzili, że Marettimo było fajniejsze. Bardziej klimatyczne i zdecydowanie spokojniejsze, ale tutaj też jest co oglądać, więc następnego dnia ruszyliśmy w miasto.
Ciekawą sprawą była objazdowa wycieczka po wschodniej części wyspy turystycznym pociągiem, przerobionym z traktorka czy czegoś takiego. Co prawda przewodnik posługiwał się językiem włoskim i nie za wiele z tego zrozumieliśmy, przynajmniej ja, ale i tak można w ten sposób zobaczyć więcej niż samodzielnie i w dodatku na piechotę.
Kolejny etap to już nie byle co, bo całe 47 Mm do San Vito Lo Capo, ale pogoda się zrobiła żeglarska. W okolicach południa zaczęło rozsądnie wiać, ok. 4-5°B z północy, więc pełnym bajdewindem, na 1 refie grota i połówce foka, posuwaliśmy się z prędkością momentami nawet do 7 węzłów i już ok. 1800 w niedzielę cumowaliśmy w porcie, u stóp góry Monte Cofano.

Delikatny przechył utrudniał wydawanie posiłków, a niektórych skłonił do założenia kamizelek.

Nie łatwo też było przypalić papierosa.

Właściwie to żeńska część załogi miała mieć zdjęcie na tle tego wypasionego jachtu z tyłu, ale jacht słabo widać, natomiast pięknie wyszła Mone Cofano :)

Kusząca plaża z krystaliczną wodą, urokliwe uliczki i knajpki oraz perspektywa zjedzenia świeżo złowionej, zakupionej prosto z kutra ryby, skłoniły nas do zostania dłużej niż tylko jeden dzień.

Cały więc poniedziałek i połowę wtorku poświęciliśmy na plażowanie, włóczenie się po zakamarkach starego miasta oraz degustacji zakupionych ryb, które faktycznie, jak zapewniał rybak, były lepsze niż łososie.
W tym miejscu muszę wspomnieć o naszym niezastąpionym kuku, czyli Jolci, której wszyscy są wdzięczni za przyrządzane obiadki o nieziemskim smaku.

Pyszna rybka. Jak się nazywa?

No może niektóre były zbyt pikantne, ale i tak baaardzo smaczne.

W San Vito pierwsza, w pełni cywilizowana marina, z wodą i prądem na kei oraz toaletami i prysznicami. No może nie jak w Chorwacji, ale całkiem przyzwoicie. W dodatku niedrogo. Za 2 doby zapłaciliśmy bodajże 50 euro za prawie 15 metrowy jacht i 8 osób, więc mniejszy luksus w toaletach można znieść.
We wtorek ok. 1400 oddaliśmy cumy i kurs na Castellammare oddalone o niespełna 14 mil, a że wiatr sprzyjał, więc na samej genui już o 1730 parkowaliśmy w marinie z pięknym widokiem na stare miasto.

Jola z Mileną serwują rybkę, a w tle widok na miasto.

Chyba najciekawsze miasto z odwiedzonych. Spore, fajnie odrestaurowane stare miasto, pięknie oświetlone w nocy. Mnóstwo ciekawych, klimatycznych uliczek. Dodatkowego smaczku dodaje fakt, że jeszcze w latach 50-tych ubiegłego wieku mafiozi toczyli tu krwawe walki.

Castellammare

Castellammare nocą

Z mariny był też super widok na wschodnią stronę zatoki Castellammare. Okazuje się, czego w dzień nie widać, że jest gęsto zaludniona. W nocy całe wybrzeże błyszczy światłami.

Mury starego miasta.

Niestety wyprawa się kończyła i trzeba było powoli zbliżać się w kierunku Marsali. W środę ok 2100 wypłynęliśmy z Castellammare i obraliśmy kurs na najmniejsza z wysp Egadzkich, Levanzo, gdzie dotarliśmy ok. 0700, korzystając głównie z silnika, bo wiatr był „zdechł”.
Port nie nadawał się do cumowania, więc rzuciliśmy kotwicę w zatoce tuż obok, a zwącej się Fredda. Z kąpieli w morzu znowu nic nie wyszło, bo stada meduz tylko czyhały, żeby kogoś oparzyć. Natomiast piękna, słoneczna pogoda pozwoliła się spokojnie opalać tym co zostali na jachcie. Część jednak dokonała desantu na ląd i nie żałowali.
Malutka osada rybacka, prawie bez ludzi. Parę osób tylko w porcie z krystalicznie czystą wodą.

Port na wyspie Levanzo. Raczej dla Omeg.

Na wyspie znajduje się jaskinia z neolitycznymi rysunkami naskalnymi, jednak wejścia do niej pilnie strzegą mewy, które akurat w tym okresie mają okres lęgowy. W miarę zbliżania się do jaskini, zaczęły coraz niżej, coraz większymi grupami i coraz agresywniej latać nad naszymi głowami, prezentując swoje okazałe dzioby. Niektóre wręcz ocierały się o nasze czapki. Nie uśmiechało się nam spotkanie z jednym z takich dziobów, więc doszliśmy do wniosku, że te rysunki muszą być mocno przereklamowane. Jednak sama droga też była bardzo ciekawa i malownicza.

W drodze do jaskini.

Kotwicę podnieśliśmy ok. 1700 i obraliśmy kurs znowu na wyspę Favignana. Jednak w porcie okazało się, że jedyne miejsce jest przy betonowym nabrzeżu od strony nawietrznej, a że wiało dość dobrze i zrobiła się spora fala przybojowa, więc w obawie o burtę jachtu opuściliśmy port i przenieśliśmy się na południową stronę wyspy, do zatoki P. Ta. Longa, gdzie stanęliśmy na kotwicy ok. godziny 2200.
Na dłuższe siedzenie przy drinkach nie było chęci, więc po ustaleniu wacht kotwicznych, wolna część załogi zaległa w kojach.
Następnego dnia część udała się pontonem na ląd, a część postanowiła poleniuchować i poopalać się na jachcie, bo pogoda była wymarzona.

Na pierwszym planie, autorka zdjęć - Gosia

To już ostatni dzień. Około 1300 ruszyliśmy więc do portu macierzystego, czyli do Marsala. Pogoda piękna, ale wiatru zero, więc raczej więcej na silniku niż na żaglach i o 1630 stanęliśmy na miejscu, z którego dwa tygodnie wcześniej wyruszyliśmy.
Ostatni wieczór, pakowanie, porządki i ostatnie drinki na jachcie. W sobotę o 1000 podjechał bus i zabrał na do hostelu w Trapanii, bo samolot mieliśmy dopiero w niedzielę rano, więc całą sobotę zwiedzaliśmy Trapanii. Bardzo ładne miasto i jeden, a właściwie nawet nie cały dzień to za mało, więc może jeszcze kiedyś uda się tu zajrzeć na dłużej.

Koniec rejsu. Banderka klubowa w dół!

Od lewej: Jolcia, Mariola, Franek, Gosia, Milcia, Przemek, Rafcio i Mario.