HORN  Dwa tygodnie na psie - wg Magdy #
 

Dwa tygodnie na Psie

 
Wstęp

Rejs po Karaibach odbył się w dniach 1.03-15,03 2008 roku, na trasie: Martynika - Barbados - Grenada - St. Vincent i Grenadyny - Martynika. Załoga krakowsko - kielecka w składzie: Hubert Długosz, Ewa Bułka, Andrzej Walczyński,Wojciech Pabian, Marcin Miśkowicz, Jakub Mikrut, Magda Waldon, Piotr Waldon zrobiła parę tysięcy … zdjęć i nakręciła film obyczajowo - przyrodniczy i w 100 godzin przepłynęła 600 Mm.

Najlepsze kasztany…

Po przezwyciężeniu większych i mniejszych trudności (kradzież trakcji elektrycznej gdzieś tam na trasie Kielce-Warszawa i zupełnie zwyczajne poranne korki) dotarliśmy na lotnisko w Warszawie, gdzie z niezwykle przytulnego i kameralnego :)) terminalu Etiuda rozpoczynał się pierwszy etap naszej podróży tj. lot do Paryża. Samolocik był kolorowy, więc został dokładnie obfotografowany przez wsiadających pasażerów, a lot poszedł gładko. Już za dwie godziny można było zażyć wiosny w Paryżu i najlepszych kasztanów na placu Pigalle. Spacer po Montmartre, o Champs Elysees la la la la la, rzut oka na najsłynniejszą z wież i łuk. Wieczór zakończyliśmy w naszym małym czerwonym hoteliku sącząc dobre trunki.

Ciepło, coraz cieplej

Wreszcie w komplecie, cała załoga plus wszystkie plecaki, torby, worki, plecaczki i gitarra przeprawiła się przez liczne bramki w metrze (utykając tylko w co niektórych) i dotarła do Orly. Lot do Fort de France trwał 8 godzin, ale filmy, gry i buteleczki wina sprawiły, że minął bardzo szybko. A po wylądowaniu okazało się, że krótkie spodenki i sandały w marcu nie są żadną ekstrawagancją :)). Są koniecznością. No, a w marinie w Le Marin, stał sobie pięknie zaparkowany nasz okręt. I nie nazywał się Syrenka, Gwiazda Morza, ani Molly Mcquire, tylko… DINGO i był psem, w dodatku dzikim. Tak rozpoczęły się nasze dwa tygodnie na psie.

Pierwszy ref

Rano piesek okazał się zdolny do pływania, a w dodatku dostał nowego grota. Tak więc, po dokonaniu stosownych zakupów (Lider Price rules), wreszcie oddaliśmy cumy. Kurs na Barbados. Od razu nam powiało…i można było zacząć ćwiczyć refowanie żagli (co zresztą przydało się w czasie całego rejsu). Niestety szybko zapadający zmrok (krótkie dni na tej szerokości geograficznej) nie pozwolił zbyt długo cieszyć się pierwszymi karaibskimi widoczkami. Wiatr tężał i tężał (do 8 B.), fale rosły i rosły, znalazł się i Prezes :)). A potem już poszło dalej: pędziliśmy przez noc jak mustangi (jak na dzikiego psa przystało), gwiazdy świeciły, tuż nad horyzontem księżyc przez chwilę udawał statek, koniecznie chcąc nas zaatakować… (nie daliśmy się :))). Wreszcie dopłynęliśmy do Barbadosu, gdzie czekało nas pierwsze spotkanie z celnikami i całym stosem formularzy do wypełnienia. Po dopełnieniu należytych formalności, mogliśmy legalnie odbyć nocny spacer po stolicy kraju - Bridgetown, posiadającej swój własny Trafalgar Square.

Palmy, żółwie i latające ryby

Barbados to niezwykle egzotyczna wyspa. Na plaży rosły palmy, w morzu pływały żółwie… Nie próbowaliśmy ich niczym karmić (szkoda, bo pewnie zasmakowałyby w naszych krakersach :))).Kolejne dwa dni jeździliśmy po wyspie, zwiedzając wschodnie i zachodnie wybrzeże, jaskinie Harrisona, spacerując po odpowiednio wyreżyserowanych fragmentach dżungli dla turystów,oglądając kwiatki doniczkowe, jakoś bardziej wyrośnięte i rosnące w naturze (widocznie mają lepsze nawozy). Naszym podstawowym pożywieniem stały się latające ryby,których próbowaliśmy zarówno w typowym barze dla miejscowej ludności, (przed wejściem do którego, należało na wszelki wypadek otworzyć nóż w kieszeni, a wrócić taksówką),jak i w restauracji w stylu kolonialnym.

Gałka muszkatołowa i pina colada

Po kolejnej dobie żeglugi dotarliśmy na Grenadę. Najpierw do niewielkiej zatoczki w pobliżu miejscowej stoczni, gdzie doświadczyliśmy tropikalnej ulewy i spotkaliśmy miejscowego żaglomistrza grającego na saksie, a potem do stolicy kraju - St. George. Na miejscowym targu osaczyły nas stragany pełne wszelkich korzennych przypraw w formie stałej i płynnej. Piliśmy mleko kokosowe z orzecha przeciętego jednym ciosem maczety… Spacerowaliśmy po okolicznych wzgórzach, podziwialiśmy panoramę miasta ze starego fortu znajdującego się u wejścia do portu. Tutaj autorka zmieniła fryzurę. (dop. red.) W końcu spróbowaliśmy pina colady w barze Ocean Grill z niesamowitym widokiem na zatokę, a potem grilowanych ryb i innych owoców morza. Wieczorem w marinie odbył się wieczór rasta, przy użyciu wszelkich dostępnych nam rekwizytów :)).

Szczęki 0

Następnym odwiedzonym przez nas państwem był St. Vincent i Grenadyny. Grenadyny chyba najbardziej odpowiadały dotychczasowym wyobrażeniom o prawdziwych Karaibach (100% Karaibów w Karaibach). Małe piaszczyste wysepki z plażami o białym, drobniutkim piasku, pochylone od wiatru palmy, błękitna, przejrzysta woda, drinki z parasolkami, dookoła rafa koralowa… Ludność miejscowa, najczęściej z dredami, na podręcznych łódkach, podpływała do jachtów oferując T-shirty, lobstery i lokal biżu. Oczywiście odwiedziliśmy rezerwat Tobago Cays, nie ominąwszy pływania, plażowania pod palmą i snorkelingu na pobliskiej rafie. Przez parę godzin czuliśmy się jak w gigantycznym akwarium. Ryby we wszystkich kolorach, wielkie rośliny, koralowce, gdzieniegdzie przemknął rekin (!), na szczęście obyło się bez strat w ludziach :)). Fajnie jest zobaczyć na żywo trójkątną rybę w biało-czarne paski albo ławicę tęczowych karpi :)). Później, na wyspie Bequia, w jednej z knajpek na plaży odbył się konkurs na najbardziej kiczowaty landszaft z żaglowcem i zachodem słońca w tle. W związku z tym, że konkurs pozostał nierozstrzygnięty, prace można nadal składać w Biurze Organizacji I Karaibskiego Konkursu Fotografii Ściennej, Odział Kraków lub Oddział Kielce.

U kapitana Jacka Sparrowa

Śladem hitów kinowych ostatnich lat, tj. Piratów z Karaibów, następnego dnia bladym świtem, a właściwie jeszcze ciemną nocą (mimo, że była to 4 nad ranem), udaliśmy się do Wallilabou Bay, w której kręcono część scen do filmów. Zakotwiczyliśmy w otoczonej z trzech stron skałami zatoce, próbując przypomnieć sobie o co chodziło w poszczególnych częściach filmów. Oprócz obejrzenia i sfotografowania dekoracji wykorzystanych w Piratach, nasz plan zakładał także odprawę celną, po której mieliśmy opuścić St. Vincent i odpłynąć w drogę powrotną na Martynikę. Plan planem, ale okazało się, że celnicy nie lubią wcześnie wstawać :)). W oczekiwaniu i w poszukiwaniu innych sposobów legalnego opuszczenia państwa, załoga odbyła pieszą wycieczkę w głąb górzystej wyspy. Pomimo wysokiej temperatury, doświadczenie okazało się niezwykle interesujące. Szczególnie centrum pobliskiej wioski z boiskiem, na którym pasły się kozy, niewielkie i kolorowe domki miejscowej ludności w lepszym lub gorszym stanie i zimne piwo w przydrożnym barze z balkonikiem z widokiem na morze.

Ostatnia podróż Tohatsu 3,5

Tohatsu - czyli silnik zaburtowy do naszego pontonu, stanowiącego główny środek transportowy załogi na ląd, dał nam się we znaki już od pierwszego użycia. I jak się okazało, przez cały rejs wymagał szczególnej troski (w sumie ponad 40$ USA). Pomimo zakusów uczynienia z niego prawdziwego silnika zaburtowego, tj. całkowitego wydalenia za burtę bez prawa powrotu na pokład, wytrzymaliśmy z nim do końca. Przez naszą załogę po raz ostatni został wykorzystany na Martynice, w drodze na plażę w okolicy Le Marin, na zimne drinki i ostatnią morską kąpiel…

To już jest koniec

W końcu nadszedł ostatni dzień naszego pobytu na Martynice. Postanowiliśmy jeszcze trochę pozwiedzać, jeżdżąc po wyspie wynajętymi samochodami. Odwiedziliśmy muzeum niewolnictwa (czyli dom trzciny cukrowej) oraz rumu (niestety bez możliwości degustacji), a także wcześniejszą stolicę Martyniki - St Pierre, całkowicie zniszczoną przez wybuch wulkanu Pelle w 1902 roku, do której jechaliśmy górzystą drogą przez lasy deszczowe, oczywiście pełne jadowitych węży. Ten ostatni dzień był może nie do końca taki jak zaplanowaliśmy, nie wszystko udało się zrealizować…( np. nie wpuścili nas do fortu w Fort de France…). Późnym wieczorem, po rajdzie przez wzgórza Fort de France, siedzieliśmy wszyscy w samolocie do Paryża. Szkoda tylko, że nic nie wyszło z imprezy nad Hiszpanią :)) (do nadrobienia w przyszłości).
Do Polski wróciliśmy w niedzielę.
W poniedziałek zaczął padać śnieg…

Podsumowanie

Rejs był bardzo udany, zarówno pod względem towarzyskim, jak i zrealizowanego programu :)).Udało nam się trochę pożeglować przy fajnie wiejącym wietrze, przy okazji odwiedzając parę egzotycznych państw i wysp (do tej pory kojarzących się głównie z wyborami Miss Word, szkoda tylko, że nie dotarliśmy do Trynidadu i Tobago), popływać w ciepłej wodzie, poplażować. Obejrzeliśmy ciekawe okazy flory i fauny. Były przeróżne gatunki palm, bananowców i innych egzotycznych roślin, żółwie, latające ryby, delfiny, wieloryb, legwany, jaszczurki, koliber, rekin, płaszczka, wąż i mnóstwo przeróżnych, kolorowych ryb na rafie koralowej. Zjedliśmy trochę ryb, lobsterów :)) i innych owoców, nie tylko morza. Wypiliśmy beczkę rumu i mnóstwo drinków…

Rady i Porady

Dla wybierających się w te rejony:

Filmografia obowiązkowa:

Piraci z Karaibów Klątwa Czarnej Perły,
Piraci z Karaibów Skrzynia umarlaka,
Piraci z Karaibów Na krańcu świata.

Filmografia uzupełniająca:

Angelika wśród piratów,
Szczęki I, II i III.

Piratów Polańskiego można odpuścić…

Więcej tu

Magda


 

Banderka Klubowa wędruje na maszt naszego jachtu w asyście całej załogi


#  Dwa tygodnie na psie KM"HORN"