HORN  Mały rejs z Wielką załogą - opowieść Adama #
 

Gdynia - Kłajpeda - Gdynia, 08 - 11 grudnia 2007

 
Już tradycyjnie gdy zamykają się przystanie, gdy jachty obsychają na brzegu, gdy stare żagle wołają o pomstę, gdy piwo smakuje inaczej, pada propozycja aby jeszcze raz, w tym roku, jak najszybciej ... popłynąć. Gdzie ? nieważne, na czym ? nieważne, z kim ? WAŻNE, z "naszymi", tymi co mają błysk w oku, tymi, co może niekoniecznie wiedzą czym jest żegluga w grudniu po Bałtyku, ale chcą przeżyć przygodę. Jednak jeśli płynąć to z takimi ludźmi, których ciągnie na wodę, ciągnie na morze, "sól w oczach boli", a jednak chcą.
 
Hasło padło, jacht się pojawił (przy wielkim udziale naszego przyjaciela z Gdyni - kapitana Tomka Grali), ekipa wyłoniła się szybciej niż ktokolwiek by przypuszczał. Gdyby to był Zaruski (na prawie 30 osób, czy Zawisza (na 40 osób) to może byłby problem ze złożeniem całej ekipy, ale na ponad 20 metrowy jacht Zjawa IV dla 12 + 1 osób ? Był problem ... kto nie pojedzie, bo chętnych było zbyt wielu.
 
Ekipa gotowa, bojowe nastroje, spotkanie na dworcu, bilety, pociąg, nocne Polaków rozmowy. Dziwne to, że ludzie nawet w nocy nie zdążą się nagadać, do rana samego, ale ... sen złapał i stacja Gdynia tylko mignęła koło nosa. To chyba tradycja, bo nie pierwszy raz wysiedliśmy w Redzie, na szczęście osobowy był za 3 minuty, więc doczłapaliśmy tam gdzie trzeba. 20 minut rozgrzewającego marszu, graty na pokład, kapitana ... brak, ale na telefon wszystko przekazał - klucze leżą tu i tu, a reszta ... wiecie co zrobić, przecież jest 3 oficerów, którzy mają doświadczenie. Zatem rozlokowanie gratów i osób po kabinach, kilka ruchów na jachcie, małe śniadanie, napój Bogów także z rana (lepszy niż śmietana). Punktualnie o 0800 postawienie bandery z honorami, mocowanie kół ratunkowych i kilka ruchów na jachcie, aby go ogarnąć choć trochę, bo bałagan na pokładzie jakby wczoraj był tu sztorm. Kapitan pojawił się koło 1000, skoczył autkiem po zaopatrzenie i już koło 1200 było wszystko na jachcie, jednak prowadzący z racji swych obowiązków mógł do nas dotrzeć wieczorem. My tym czasem przyjęliśmy resztę załogi (w dużym skrócie - z Krakowa), i poszliśmy na proszony obiad do knajpki (proszony bo zaprosiliśmy naszych kieleckich przyjaciół osiadłych w Gdańsku od kilku lat - Marcina Słodkiego i Sylwię Słodką). Jednak przyjemności przyjemnościami, a obowiązki są. O 1500 na burcie zbiórka załogi, podział na wachty przygotował II oficer - j.st.m. Wojtek "Wasyl" Wiszniewski, zaordynował także co i kiedy będzie do zjedzenia, co i jak robi się w kuchni, kingstonie i "hotelu"; III oficer - j.st.m. Krzysiek "Recha" Reszke zrobił swoje, czyli poinstruował co robić w sytuacjach podbramkowych, jak się zachować na jachcie, jak wyglądają wachty i co się na służbie robi. I jeszcze jest coś co ma zrobić I oficer - k.j. Adam "Rogal" Rogaliński, czyli ja, miałem jak zwykle przeprowadzić szkolenie z bezpieczeństwa - środki ratunkowe, kamizelki i pasy. Zaordynowałem, że ... KAŻDE !!! wyjście na pokład z kabiny bez kamizelki i szelek asekuracyjnych będzie karane brutalnym zepchnięciem na dół oraz czyszczeniem kibla lub lizaniem zęzy. Wszyscy oficerowie zostali zobowiązani do absolutnie surowego przestrzegania tej zasady i niedopuszczania na pokład kogokolwiek bez asekuracji. Potem odbył się tradycyjny marsz w szelkach po jachcie - a raczej dookoła niego, po tzw. lifelinie i innych mocnych elementach. Ćwiczenie to przydało się bardzo - w rejsie niemal wszyscy byli wpięci non stop w elementy jachtu, a prace w części dziobowej, czy wręcz na bukszprycie nawet w porcie wymagały asekuracji.
Pod wieczór byliśmy gotowi ze wszystkim, kapitan zaokrętował się na stałe i w morze. Po wczesnoporannej odprawie granicznej wyruszyliśmy. Już po 50 metrach pojawił się problem, Przy falochronie portu jachtowego trwają prace budowlane - ktoś "mądry" wymyślił jego przedłużenie, co znacząco utrudnia wyjście z basenu, do tego stoi tam platforma z dźwigiem, obok holownik tarasujący wyjście z portu. Usunął się nam, ale i tak mieliśmy wrażenie, że szorujemy dnem jachtu o dno morza. Udało się, płyniemy, kurs na Hel. Kliwer i grot w górę. Jacht, jak się okazało, na takim zestawie żagli nie jest stabilny kursowo i odchyłki od zadanego kierunku to po 30 stopni w każdą stronę. Wiatr fajny 4 może 5 w skali Beauforta. Ale ... widać, że tężeje. Prognozy pogody ... i dobre i złe, z jednej strony korzystny kierunek, z drugiej, ma tężeć nawet do 9, a w podmuchach do 10 stopni. To bardzo dużo jak na jacht, bez względu na jego wielkość. Wieczorem na maszcie został tylko kliwer. Wystarczyło do utrzymania prędkości i właściwego kierunku.
Czy załoga trzymała się dzielnie ? Tak, choć po godzinie na fali pojawił się "prezes", czyli pierwsza osoba oddająca rybom właśnie zjedzony posiłek. Za chwilę pojawił się v-ce prezes, a jak to Recha określił, zaraz będzie cały zarząd, a być może i rada nadzorcza. Trzeba przyznać, że chorobę morską (choć nie w drastycznej postaci) miało sporo osób. Kurs sprzyjał jej znacząco. Baksztagowa fala powoduje kołysanie jachtu we wszystkich możliwych kierunkach. Dzięki niej spadło także znacząco zapotrzebowanie na usługi kambuza. Kapitański mielony z ziemniaczkami i buraczkami był najlepszym posiłkiem aż do Kłajpedy.
Zanim dopłynęliśmy do celu - drze się jak stare majtki nasz solidny, wydawało by się żagiel - kliwer, resztę jedziemy na silniku. Żagiel nie do naprawy na jachcie, zresztą nie ma dakronu i solidnych nici, rękawicy bosmańskiej itp. Port zobaczyliśmy jeszcze za dnia, ale wchodziliśmy do niego w mżawce, silnym wietrze i po zmroku. Wejście do małego wewnętrznego porciku, który wyglądał, że nas nie pomieści udało się po godzinie - przepuszczaniu promu, czekaniu na otwarcie mostku nad kanałem. Miejsce urocze, ale trzeba mieć sporo zimnej krwi, aby w tę ciasną dziurę wprowadzać tak duży jacht. Nieomylna ręka Kapitana i stoimy ... 15 metrów od knajpki. Szybki prysznic, klarowanie jachtu i wieczorne piwo. Okazało się, że jest promocja: za cenę małego dają duże, więc litewskie piwo Switurys wypiliśmy w ilości dwa razy większej.
Rano załoga skoczyła do centrum na zakupy, ale ... nikt nie chciał sprzedawać za złotówki, za euro, a nawet przy płatności kartą płatniczą. Dość długo zeszło ze zbieraniem się do wyjścia i już po 1300 odpaliliśmy silnik. Jeszcze kapitanat portu przez radio 3-krotnie "nie rekomendował" wyjścia w morze, a kilku zebranych z podziwem patrzyło, gdy szykowaliśmy się do oddania cum. Pracownik mariny pomógł w odejściu i nasz ponad 20 metrowej długości okręt rozpoczął manewr obracania się w baseniku o szerokości pewnie ze 30 m. Śruba napędowa przemieliła dno z mułem i na sporej prędkości kapitan skierował jacht ostrym skrętem w mały kanalik łączący porcik jachtowy z portem ogólnym. Kilka życzeń powodzenia od miejscowych rybaków, którzy duuużymi oczami patrzyli na turystów na jachcie chcących się katować na morzu podczas urlopu w grudniowy sztorm.
Jeszcze w basenie portowym usiłowaliśmy postawić grota - okazało się, że fały zakręciły się jak nitka na szpulce wokół genialnie wykonanych stopni masztowych i 20 minut walki podniosło temperaturę, ale udało się. Ponieważ grot nie był zarefowany jak należy, trzeba było zdjąć go i dołożyć szkentlę, pozmieniać ustawienia reflinek i na maszt. Tym razem poszło gładko. Jacht z dobrą prędkością zbliżał się do wyjścia z portu. Fale przewalały się przez kamienny nasyp falochronu, wrażenie niesamowite, na jachcie radosne głosy wyraźnie ucichły. Zaraz za główkami portu jacht zaczął stawać dęba na wysokiej pewnie na 2 może 2,5 metra fali. Stan morza 6, wieje 7 w porywach 8. To już regularny sztorm. W dodatku wieje z kierunku w którym mamy płynąć. Wątpliwe, że zdążymy w 24 godziny do Gdyni, ale czy się uda dotrzeć choć na pociąg o 1700 ?
Szybko nadzieje na to się rozwiały, bo ... zaczęły się awarie. Już poprzedniej nocy widzieliśmy, że z prądem jest coś nie tak, akumulatory nie trzymają, ponoć na tym jachcie wskaźniki źle wskazują już od lat. Moim zdaniem jednak to nie wskaźniki tylko brak właściwego ładowania, a za brak schematów instalacji elektrycznej, wodnej, zęzowej i gazowej ktoś powinien beknąć, może nawet w pierdlu. To jest narażanie zdrowia i życia pływających. Prąd ładowany z lądu wystarcza jedynie na kilkanaście godzin. Wskaźnik ładowania z alternatorów wyraźnie pokazuje, że prądu z alternatorów nie ma. Do tego zrywa się pasek klinowy od jednego z nich, mało jeszcze ? pęka zardzewiała jak diabli rurka paliwowa - na szczęście - powrotna, wysokiego ciśnienia, paliwo sika na kolektor wydechowy (ledwie 300 - 400 stopni Celsjusza). Tego gościa co robił remont oraz tego co to gówno odebrał powinno się przywiązać za jaja do silnika i palcem niech trzyma dziurkę w rurce. Poczuł by czym to pachnie. Już po 2 godzinach nawet herbata na jachcie trąci olejem napędowym, jego zapach jest wszechobecny, a na dodatek możemy utrzymać obroty na około 1500, bo przy większych sika tak, że tylko czekać na pożar. Nie mówię już o ochronie środowiska, przecież to paliwo leci do zęzy, a stamtąd pompą do morza. Rano pęka grot, dostał w tyłek od jazdy ostrym bejdewindem i wielu kontrolowanych i niekontrolowanych zwrotów. Jednak powinien był wytrzymać. Żagle mamy zdaje się wypożyczone z muzeum. Pozostał bezan, którego w nocy nie udało się postawić z powodu... zaplątanych fałów, linek, sznurków na genialnych stopniach masztowych (pomysłodawca zapewne miał wysoką gorączkę, gdy zaordynował ich wykonanie). W ciągu dnia w górę idą bezan (bez refów) oraz ... fok - genua, który jeszcze w porcie założyliśmy zamiast kliwra. Ponoć jest za długi, aby go stosować na "jego" sztagu. Genialni właściciele jachtu chyba nigdy na nim nie pływali, skoro taklują jacht tak, że nie da się postawić żagla. Na nowym miejscu się mieści, jednak wiatru jest za dużo dla tego rodzaju płótna. Kwestią czasu jest jego podarcie. Po południu ... urywa się róg szotowy w całości. Genialnie. Zwalamy bezana i do końca będziemy jechać na diesel-grocie. Na jachcie armator na grudniowy rejs nie dał nic na zapas !!!, nie ma w wielkim magazynie jachtu kompletnie niczego, nie ma żagli sztormowych, zapasowych, nowych, starych, nic nie ma, nie ma zapasowych lin, a nawet krawatów do zakładania refów. Kolego armatorze - gratulujemy rozsądku, wiedzy i ... dobrej praktyki morskiej. W dawnych czasach szukali byśmy rei ... wiadomo po co. Cóż, siedząc za biurkiem w garniturze, mając ważną posadę, ważną minę i kiwając palcem na innych, wyganiając młodzież z ośrodka, pusząc się, jako że jest się "wielkim", nie widać prawdziwych spraw morza, jachtów i misji jaką armator pełni, pod warunkiem, że wie co to ta misja. I niech nie pomyli jej z misją humanitarną w Afryce, choć może przydało by się jakby tam pojechał.
Ale do rzeczy. Wieczorem prąd wysiada całkowicie, wyłączają się kolejno urządzenia nawigacyjne, UKF-ka charczy, GPS- zgasł, komputer nawigacyjny zahibernował się i ... wyłączył. Rozpoczęła się walka o odzyskanie prądu, najpierw z alternatorami. Pasek z lewej poszedł na prawą - nie pomogło, oba urządzenia do ładowania nie działają. Oczywiście zapasowych pasków na jachcie nie ma, nie ma co pytać o zapasowe alternatory, bo do śmiechu nikomu nie jest. Wyłączamy wszystkie odbiorniki prądu, mamy na pokładzie elektryka samochodowego, proponuje zrobić przepinkę z innego akumulatora, pomysł świetny i mamy na urządzeniach i na światłach nawigacyjnych wystarczające napięcie, ale na jachcie w kambuzie działa się po ciemku, w kiblu załatwia po omacku, a ubiera przy latarkach. KOCHANY armatorze, trzeba ściągnąć krawatkę, wyskoczyć z gajera, półbuciki zostawić do pochówku i wejść na jacht. "Rady Starców" wszechobecne w Związku - do lamusa, teraz trzeba żeglarzy, menadżerów, a nie ludzi z zawodem wyuczonym Dyrektor, do emerytury.
A co dalej ? około 0100 w nocy nasz ostatni napęd jaki mamy - silnik - staje. Katastrofa - bez radia, prądu, żagli i silnika, w sztormie który może nas zanieść gdzieś pod Szwecję za jakieś 4 doby. Pięknie. Wszystkich odpowiedzialnych za jacht mamy ochotę przeciągnąć pod kilem, i to powoli, aby poczuli smak i zapach grozy. A może wystarczyło by ich wsadzić do wiecznie zalanej zęzy ? z tymi resztkami paliwa, rzygami załogi, resztkami z całego sezonu ?
Filtry paliwa są tak obrosłe brudem, że nie mają prawa działać. Kto to wszystko przegląda ? nikt ? po kiego grzyba trzyma się sztab ludzi w CWM ZHP, jak jacht jest w stanie takim, jakby po 10 latach żeglugi non stop wrócił na remont ? Kto za to bierze kasę ? i to zapewne nie małą, za co ? za motorówkę ? mieliśmy pływać na żaglach, ale ich nie ma ? za łódkę bez silnika ? właśnie padł, za narażanie życia podczas pływania bez elektroniki ? jasne, można ale umówmy się na hardcore na początku i nie ma sprawy. Zabrał bym parę wioseł, może by pomogły w ostateczności i jakiś ponton do nich (acha pontonu także nie ma, choć był, bo jest od niego łoże, z pływadeł pozostaje tratwa ratunkowa, ale ta nie popłynie do Gdyni, tylko z wiatrem).
Ale do rzeczy. Niezawodny Tomek wymienił filtry w drugiej baterii, przełączył paliwo i ... jak się zapowietrzył silnik, to jesteśmy ugotowani, jeśli nie wystarczy prądu w marnych akumulatorach, też jesteśmy ugotowani, jak się jeszcze coś zepsuje na jachcie, popłyniemy wpław do Gdyni, znajdziemy w porcie reję i powiesimy tam za ... jednego jegomościa. Na szczęście dla nas i dla niego, silnik zastartował, co prawda nie od razu, kaszląc i stękając, ale załapał. Obroty 1500, pompowanie paliwa do zbiornika rozchodowego i jazda dalej. Około 0300 wachta melduje, że zakończyła pompowanie zęz, bo ... wysiadła pompa zęzowa. A elektryczna nie działa ... bo nie ma prądu. Kichamy na zęzę, niech wywalają to gówno, które tam pływa w porcie wiadrami.
Około 0600 widać już port w Gdyni, woda na Zatoce zrobiła się gładka, więc i jacht przyspieszył z tradycyjnych 2 węzłów do 4,5 mimo niedotykania manetki gazu. Gdy tylko przestało huśtać, pokładowy "ułan" zerwał się na nogi po kilku dniach w koi i sądząc, że dopływamy do portu, wszystkich wyrywał z koi. Dobrze, że zaspana załoga zdążyła go złapać, bo pewnie by wyleciał za burtę. Alarm do manewrów był dopiero o 0720, pół godziny później minęliśmy główki portu, a dokładnie o 0805 rzuciliśmy cumy, silnik stop. Udało się wrócić niezwykle dzielnym i bezpiecznym, ale w fatalnym stanie technicznym jachtem. Widać na nim brak dobrej ręki właściciela. Sam jacht zapewne broni się przed nim swą solidnością, ale w takim stanie zarządzania za kilka lat nie będzie tego okrętu.
 
Szybki klar, uroczyste śniadanie, telefony do domu, do pracy i biegiem na pociąg. Zdążyliśmy ... w ostatniej minucie, i to dzięki przepuszczeniu nas przy kasie. Już o 2100 w poniedziałek byliśmy w Kielcach.
 
Piękny rejs, na pięknym żaglowcu, świetna załoga, doskonały kapitan, bardzo nędzny stan przygotowania jachtu przez armatora, sztormowa pogoda, wielkie fale, dość ciepło (nie było śniegu), przeciwne wiatry, awarie, około 100 godzin rejsu, z tego aż 3/4 to żegluga, około 260 Mm przebytych w ciężkich warunkach, wiatry o sile 6 - w czasie większości żeglugi, powyżej 8 kilkanaście godzin, było także 9, a w podmuchach i 10 w skali Beauforta, to skrótowe podsumowanie. Podsumowanie szersze zapewne odbędzie się wielokrotnie przy piwie i wspomnieniach, a być może na kolejnych rejsach. Zdecydowana większość załogi już zapowiedziała, że ... popłynie, nawet na jachcie w podobnym stanie technicznym.
 
Ciekawe spostrzeżenie mam w kontekście szkoleń. Oto na rejsie grudniowym znakomicie sprawdziła się ekipa z wrześniowego kursu na żeglarza jachtowego. Radzili sobie ze wszystkim, nie pękali w sytuacjach trudnych, jak trzeba było wyleźć na dziób jachtu, szli, jak trzeba było stać na wachcie w nocy 4 godziny, stali. Klub Horn na nich postawił, wiedział, że dadzą radę, że są świetnie przygotowani, że mają wiedzę i samozaparcie, że podołają. Jak w tym kontekście ma się egzamin przeprowadzany przez szanowną komisję OZŻ-tu? Ci doświadczeni, wielcy żeglarze wód różnych, nie zauważyli wiedzy i zaangażowania kursantów i uwalili 2 osoby ? które teraz były bardzo mocnym punktem załogi ? czy tak trudno docenić cudzą, żeglarską robotę ? Chyba czas na zmianę wachty, żeglarski reumatyzm niektórych już dawno dopadł, mam nadzieję, ze to nie Parkinson. Nasi koledzy z rejsu, kursanci po przejściach, tym rejsem udowodnili wam, że mocno się pomyliliście, że nie mieliście racji, a wasze decyzje były błędem, bo nie nazwę ich nieuczciwymi, zwłaszcza w konfrontacji z poziomem na innych egzaminach w tym roku, który był ... bez komentarza.
 
I jeszcze moja prywatna uwaga - żelazo kuje się w kuźni, nie gdy wygaszono piec, ale w największym żarze, a żeglarzy kształtuje się w morzu, nie za biurkiem władz wszelkich szczebli, nie w Chorwacji w lipcu, gdy jedyny wiatr pochodzi od wentylatora, tylko w prawdziwych morskich rejsach, w najtrudniejszych warunkach. Kto płynie z nami w kolejny prawdziwy rejs dla żeglarzy ?

Pozdrawiam

Adam Rogaliński


 
#  Mały rejs z Wielką załogą - opowieść Adama KM"HORN"