HORN  Rejs s/y SYRENKA 30 września 2004 - 8 października 2004
Gdynia - Hel - Kłajpeda - Władysławowo - Puck - Gdańsk - Górki Zachodnie - opowiada Magda
syrenka
 

W rejsie udział wzięli:
Marek Strzelczyk (Warszawa)- kapitan
Adam Rogaliński ( Kielce)- I oficer
Ewa Rogalińska (Kielce) - II oficer
Krzysztof Synowiec(Kielce) - III oficer
Andrzej Hozer (Kielce) - załoga
Rafał Opala (Warszawa) - załoga
Magda Waldon (Kielce) - załoga
Piotr Waldon (Kielce) - załoga

Klajpeda 2004

Rejs rozpoczęliśmy w porcie jachtowym w Gdyni. O świcie Syrenka już stała przy pirsie. Oczywiście, jak zawsze, pierwszy dzień minął na przygotowywaniu jachtu do drogi. Szycie żagli, sprawdzanie silnika, prace bosmańskich oraz zakupy i ształowanie żywności w deszczu nie wróżyły nic dobrego. Wypłynęliśmy co prawda nie jak w piosence "tuż przed zachodem", bo było już zupełnie ciemno, ale widok Syrenki (oczywiście z jej pokładu) pod pełnymi żaglami, w świetle księżyca, do dziś stanowi miłe wspomnienie. Dzięki dobrym wiatrom pierwszy etap był ekspresowy, już po półtorej godzinie świętowaliśmy szczęśliwe przybycie do portu!!

Poranek na Helu był dość chłodny, niebo szare, morze szare, przed kilkoma osobami perspektywa "pierwszego razu" na porządnym morzu. W oczekiwaniu na odprawę celną trzeba się było jakoś "podbudować" - Tak więc, gotowi na wszystko i już w pełnym rynsztunku odwiedziliśmy "Kapitana Morgana". W gumowych butach, nieprzemakalnych płaszczach i sztormiakach stanowiliśmy małą atrakcję na deptaku. Wreszcie, po południu, oddaliśmy cumy i obraliśmy kurs na Kłajpedę.

Pogoda, wbrew wcześniejszym zapowiedziom, okazała się całkiem niezła, chociaż pierwsze bałtyckie fale dały się niektórym we znaki ;) Trzeba było udzielać im pierwszej pomocy, w postaci gorącego krupniku z worka!!! Ale najważniejsze, że przeżyli. Po półtorej doby całkiem przyjemnej żeglugi (w dzień nawet świeciło słońce :), dookoła zaroiło się od małych i większych jednostek, a w dali ujrzeliśmy światła nabrzeża portowego w Kłajpedzie (główny port na Litwie). Na nadbrzeżu czekał już na nas litewski GP-ek. Trochę rękami, trochę po angielsku skierował nas do miejsca odpraw jachtów. Pomiędzy zardzewiałymi, ogromnymi wrakami przecisnęliśmy się do małego pomostu oświetlonego jedną żarówką. Sceneria jak z horroru o seryjnym mordercy załóg jachtowych spowodowała, że zaczęliśmy wątpić w gościnność gospodarzy. Okazało się na szczęście, że jest to tylko tymczasowa lokalizacja, na czas remontu właściwego punktu. Jeszcze tylko slalom pomiędzy "stalowymi potworami" w porcie i zacumowaliśmy po drugiej stronie kanału w marinie (hm).

Niedzielę spędziliśmy w Kłajpedzie realizując program turystyczny. Pospacerowaliśmy po mieście, do którego trzeba było się przeprawić promem, po niewielkiej starówce, obejrzeliśmy stary teatr, zwiedziliśmy rynek, port, i ... pub piłkarski, w którym można było wypić "tiopłyje" piwo.

Klajpeda 2004

Wieczorem, tuż przed wypłynięciem okazało się, że mamy zepsuty palnik w kuchence gazowej. Trzeba było coś z tym zrobić. Ale czy z takim problemem nie poradzi sobie dzielna załoga Syrenki??!! Zwłaszcza mając przed sobą perspektywę żeglugi w zimnie, bez ciepłej strawy i kubka gorącej herbaty ... Próby poszukiwań ratunku na zewnątrz nie dały rezultatu. Nikt nie miał "zarzygałki" pasującej do naszej butli gazowej (Należy nadmienić, że instytucja zarzygałki bardzo nam się spodobała - Litwini nazywali "zarzygałką" wszystko co miało związek z ogniem, zapalniczki itp. My, używaliśmy tego słowa w znaczeniu jeszcze szerszym :). Tak więc, z dwóch zapasowych (a nie działających samodzielnie) kuchenek oraz różnych innych części znalezionych na okręcie, w wyniku działań destrukcyjno-konstrukcyjnych, powstała jedna w pełni sprawna kuchenka (czyli Frankenstein).

Klajpeda 2004

Uspokojeni, ruszyliśmy w powrotną drogę, kierując się do Władysławowa. Pierwsza noc minęła spokojnie, w dzień plaża, wszyscy wylegali "na taras", rozkoszując się widokiem ... morza. Pod wieczór wiatr stężał, zrefowaliśmy grota, droga zrobiła się jakby bardziej wyboista, wzmogły się atrakcje ... W końcu o północy wpadliśmy do Władysławowa (!@#$, jak mustangi).

I co zrobiliśmy po dwóch dniach na morzu, zaraz po tym jak rano wstaliśmy?? Popędziliśmy na falochron, oczywiście SPOJRZEĆ NA MORZE! Czyż może być przyjemniejszy widok niż morze? :) Był już co prawda październik, ale pogoda zrobiła się zupełnie plażowa, a że plaży we Władysławowie nie brakuje, więc skoczyliśmy na ... małą (rozbieraną :) sesję zdjęciową.

Klajpeda 2004

Władysławowo to port rybacki, nie obyło się więc bez większej ilości ryb ... kupionych w sklepie portowym i usmażonych na jachcie.

W dalszą drogę wypłynęliśmy tradycyjnie, na noc. Tym razem opływaliśmy półwysep Hel, kierując się w stronę Pucka. Przez większą część nocy towarzyszyły nam z prawej strony światła Kuźnicy i ... ani trochę nie chciały się przesunąć. Później poszło jednak szybciej, ominęliśmy wszystkie mielizny i rankiem "parkowaliśmy" już w Pucku. A że w porcie załodze należy zapewnić atrakcje, wybraliśmy się na zwiedzanie Pucka. Był port, miejsce zaślubin Polski z morzem, kościół, rynek i lody. Niestety, w dalszym ciągu nie rozstrzygnięta została chyba najistotniejsza kwestia, do dzisiaj nie wiadomo (bo nikt nie chciał się przyznać), do czyjej koi przywiało ową słynną skądinąd "nagą babkę z Pucka". Sądząc po zwyczajach panujących na okrętach, pierwszeństwo miał Kapitan...?

Pozostał nam jeszcze jeden port - Gdańsk. Wieczorem stanęliśmy "Pod Żurawiem", aby odbyć nocny spacer po Długim Targu, z wizytą u Neptuna. Niestety kolejny dzień był zarazem ostatnim dniem rejsu.

Klajpeda 2004

Upłynął on pod znakiem prac porządkowych prowadzonych na okręcie. Pozostało jeszcze tylko niezwykle emocjonujące wejście do portu w Górkach Zachodnich, po ciemku, slalom między mieliznami, brak oświetlenia, i GP-ek, który podobno krzyczał do nas przez tubę (skutecznie zagłuszony przez silnik Syrenki). Czerwony i spocony przyjechał potem do nas na rowerze i tak się obraził, że wcześniej nie zwracaliśmy na niego uwagi, że nie chciał wziąć udziału w naszej pożegnalnej imprezie. Dziwny jakiś...

I to by było na tyle... na drugi dzień rozkręciliśmy Syrenkę na czynniki pierwsze (koniec sezonu :(( ) i załadowaliśmy się do pociągu.

W całym rejsie zrobiliśmy 335,5 mil morskich w ciągu 95 godzin. Tym razem październik na Bałtyku okazał się wyjątkowo pogodny i przyjazny dla użytkowników, pozwalając zachować miłe wspomnienia do dzisiaj.

#  Rejs s/y SYRENKA 30 września 2004 - 8 października 2004 do Kłajpedy - opowiada Magda  KM"HORN"