BALEARY JESIENIĄ

 

No, to rejs wokół Majorki mamy za sobą.

 

Pole tekstowe:  Cabrera.

Spełniło się częściowo jedno z moich marzeń, żeby popływać właśnie po Morzu Balearskim. Częściowo, bo jednak tydzień to zdecydowanie za mało. To nie tylko moje zdanie, ale całej załogi. Natomiast pomysł, żeby zostać dwa dni dłużej po wyokrętowaniu, wszyscy, którzy zostali, określili jako strzał w 10.

Wszystko zaczęło się jeszcze w zeszłym, 2010 roku, gdzieś w okolicach późnej jesieni i wczesnej zimy. Siedząc z Wasylem w Galeonie nad kufelkiem złotego napoju wspomniałem, że marzy mi się rejs po Balearach. Na co Wasyl: „No to jaki problem? Płyniemy!”

Dosłownie w ciągu 2 tygodni zebraliśmy wstępne załogi i zarezerwowali dwa jachty. Ponieważ Wasyl na początku grudnia wylatywał na rejs dookoła Hornu, więc wszystko było załatwiane „na biegu” i „żeby tylko zaklepać”, resztę załatwi się później.

Z tym załatwianiem „żeby tylko zaklepać” to w sumie nieźle wyszło, bo w pierwotnej wersji mieliśmy zarezerwowane jachty Benetau Cyclades 43.4, 10 osobowe i 13 metrowe, ale w czarterowni ktoś się pogubił i „zaklepał” coś całkiem innego, zdecydowanie mniejszego i starszego. W ramach rekompensaty, bo „nasze” jachty w międzyczasie zostały już wyczarterowane komuś innemu, dostaliśmy w tej samej cenie Bavarie 49, 15 metrowe jachty na 12 osób. Trzeba było szybko dokooptować do załogi 2 osoby. Nie było z tym najmniejszego problemu.

Pole tekstowe:  Załoga Franka w komplecie.

I tak 16 września 2011 roku większa część załogi Franka, czyli mnie, (10 osób) wylądowała w Palma de Mallorca. Pozostałe dwie miały dołączyć następnego dnia, razem z załogą Wasyla.

Przylecieliśmy dzień wcześniej, z zamiarem nocnego zwiedzania Palmy i ewentualnym noclegiem na plaży przy lampce miejscowego wina ;), gdyby nic lepszego nie udało się załatwić.

Wyszło tak, że w porcie zawarliśmy znajomość najpierw z załogą Polaków, którzy oddawali jacht następnego dnia i zaproponowali nocleg, a potem zaprzyjaźniliśmy się z Gerardem z obsługi mariny, który użyczył nam wolnego jachtu na jedną noc.

Oczywiście ze zwiedzania Palmy i noclegu na plaży nic nie wyszło.

Następny dzień minął na odbiorze jachtów, zaprowiantowaniu i ogólnych przygotowaniach do wyjścia w morze.

Wieczorem, a właściwie to już w nocy, bo po 2100, wyruszyliśmy w stronę archipelagu będącego parkiem narodowym – Cabrera, gdzie mieliśmy już wcześniej zarezerwowane boje. W rezerwacie można cumować do boi tylko w jednej zatoce i tylko na jeden dzień w sezonie, a dwa poza sezonem. Przestrzegane jest to rygorystycznie. Kotwiczenie gdziekolwiek, surowo wzbronione.

Wiaterek nam sprzyjał i był moment, że nawet ciut się zarefowaliśmy, bo niektórzy załoganci zaczynali czuć pewien dyskomfort, tak że w pobliże wspomnianej zatoki z bojami dotarliśmy ciemną nocą. Po ciemku raczej ciężko byłoby znaleźć właściwą boję, więc musieliśmy poczekać do świtu. Trochę postaliśmy w dryfie, a trochę kręciliśmy się na żaglach w tą i z powrotem. A noc była piękna... gwiazdy, księżyc.

O świcie odnaleźliśmy swoje boje i po zacumowaniu rozpoczęło się pływanie i nurkowanie w cieplutkiej, czystej i przeźroczystej wodzie w towarzystwie niebieskich rybek. Była też wyprawa pontonem na brzeg, zwiedzanie ruin zamku, podziwianie widoków i degustacja piwa w miejscowej knajpce.

Pole tekstowe:  Cabrera. Degustacja piwa w miejscowej knajpce.

Wieczorem część rozrywkowa na jachcie przeciągnęła się do baaardzo późnych godzin. Tym bardziej, że trochę się rozwiało i trzeba było założyć dodatkowe cumy.  Była z tym zabawa, bo wiatr momentami „wykręcał” dobrze powyżej 20 knotów. Na szczęście obyło się bez niemiłych niespodzianek.

Rano, znaczy przed południem, w drogę do Porto Cristo, gdzie w planach mieliśmy   zobaczenie Jaskini Smoczej. Plan udało się zrealizować. Samo miasteczko i port Cristo bardzo urokliwe. Marina sympatyczna. Prysznice i toalety na poziomie wyżej niż bardzo dobrym. To przede wszystkim spostrzegły i doceniły panie z obu jachtów.

Sama Jaskinia Smocza chyba na wszystkich zrobiła wrażenie. Przepięknie wyeksponowane przez odpowiednie oświetlenie stalaktyty, stalagmity (nigdy nie pamiętam, które są które) i stalagnaty oraz jedno z największych na świecie, a w Europie chyba największe słone jezioro podziemne o krystalicznej wodzie, na którym odbywają się koncerty muzyki klasycznej na łodziach. Widzieliśmy. Rewelacja!

Wasyl jeszcze po drodze wyszukał bardzo ładne i dostępne przy pomocy pontonu jaskinie, ale to niech sam opowie.

Późnym popołudniem wyruszyliśmy w kolejny etap do Puerto de Alcuida położonego w dużej zatoce po północno-wschodniej stronie wyspy. Na miejsce dotarliśmy w okolicach północy i żeby zaoszczędzić na kosztach opłat portowych, które do niskich nie należą, rzuciliśmy kotwicę po zewnętrznej stronie falochronu.

Rozeszły się słuchy, że właściwie to w samym porcie nie bardzo jest co oglądać, a do właściwego miasta nie  chciało  się nikomu jechać. Tak więc dzień minął na kąpielach w wodach zatoki.

Niestety okazało się, że „słuchy” nie do końca wiedziały co mówią. Kilka osób z naszej załogi wybrało się pontonem na szybkie zakupy, które przeciągnęły się do kilku godzin, bo miasteczko okazało się bardzo ładne i warte obejrzenia.

Pole tekstowe:  Alcuida. Faktycznie, warto zobaczyć.

Nic to, zobaczymy je następnym razem.

Kolejny punkt programu to Puerto de Soler na północnym wybrzeżu Majorki.

Po drodze miały być kąpiele i plażowanie w jakiejś pięknej zatoczce, ale ponieważ zwiedzanie Alcuida przeciągnęło się ponad miarę, trzeba było zrezygnować z tej przyjemności. Załoga Wasyla zaznała kąpieli, ale oni wypłynęli prawie cztery godziny wcześniej.

Brak plażowania w zatoce zrekompensowało Puerto de Soller. Przejażdżka tramwajem z portu do centrum – niezapomniana. Tramwaj jedzie przez stare uliczki pełne knajpek, tak że można bez mała zabrać drinka ze stolika. Wspaniała katedra, muzeum ucznia Gaudiego (nie jestem fanem sztuki współczesnej więc nazwiska nie pamiętam). No i przede wszystkim klimat hiszpańskiego miasta. Super!

Pole tekstowe:  Tramwajem przez Soller.

Niestety kolejny dzień to już powrót do portu macierzystego.

Znowu wypłynęliśmy „na noc” żeby w dzień jednak popływać jeszcze w jakiejś ślicznej zatoce. Udało się znaleźć najpierw w locji, a potem w naturze Cala Portals. Na zdjęciach w locji wyglądała bajecznie. Kotwicę rzuciliśmy o 0315. Rano okazało się, że zdjęcia nie kłamały. Ktoś stwierdził, że to taki przedsmak Karaibów. Krystalicznie czysta i ciepła woda, palmy i piasek na plaży. Sangria na jachcie.

Pole tekstowe:  Cala Portals. Sangria na jachcie.

W okolicach południa dołączył jacht Wasyla. O 1500 podnieśliśmy kotwice i ruszyli już nieodwołalnie do Palma de Mallorca, bo do 1800 musieliśmy zameldować się w porcie. Po drodze jeszcze tylko tankowanie paliwa.

Oddanie jachtów odbyło się w tempie sportowym. Dosłownie 10 minut. „Sails O.K., engine O.K.”, „Were there any problems? No? O.K” I tyle. Zdecydowanie dłużej marudziliśmy przy odbieraniu jachtów, nauczeni przez Chorwatów, że na każdą ryskę trzeba uważać, bo gotowi są nią obciążyć kaucję, wyegzekwowaliśmy nawet popielniczkę, a mało brakowało, że i pisemną instrukcję obsługi ręcznej pompy zęzowej, bo była na check-liście. A co?

Oczywiście mogliśmy zostać na jachcie do następnego dnia do godziny 0900.

To już była sobota. Cała ekipa Wasyla oraz dwie osoby z naszej łajby odleciały do kraju, a 10 osób zostało na jeszcze dwa dni w zarezerwowanym wcześniej hostelu. I to był faktycznie strzał w 10. Sobota upłynęła na zwiedzaniu Palmy. Nie będę opisywał co zwiedzaliśmy. Jak ktoś ma chęć to niech jedzie na następny rejs. A naprawdę jest co oglądać. Niedziela natomiast została przeznaczona na leniuchowanie na plaży i czas wolny w miejscowości Arenal. Tam też mieliśmy hostel ok. 100 metrów od baaaardzo długiej plaży z parasolami trzcinowymi i barem. Podobno to ta plaże jest najczęściej pokazywana na zdjęciach w przewodnikach po Majorce.

 

 

Pole tekstowe:  Plaża w Arenal.

Warte obejrzenia jest akwarium morskie właśnie w Arenal. Rekiny, płaszczki, dorady, żółwie, całe mnóstwo kolorowych rybek i innych żyjątek morskich. Także wspaniała dżungla.

Wieczorem sangria w knajpce, kolacyjka i lulu, bo rano trzeba było się zbierać na lotnisko.

I to na tyle.

Możliwe, że za rok znów tam popłyniemy, ale tym razem na pewno na dwa tygodnie.

 

 

Franek