Na spotkanie Małej Syrenki

To, co nie udało się w zeszłym roku na s/y Pantai, zostało zrealizowane w tym. Poprzedniego roku miała być Szwecja, ale z powodu pogody, a konkretnie braku lub niesprzyjających wiatrów, było polskie wybrzeże. Też zresztą piękne i warte polecenia. Za to w 2014 była Dania, Szwecja, Niemcy i trochę Polski.

Dzielny jacht Pantai. Dzielna, czteroosobowa załoga. Mnóstwo dobrego humoru, przyjaźni. Szczypta determinacji i odrobina szczęścia i można ruszać w kolejny rejs pod banderą Klubu Morskiego HORN z portowego miasta Kielce :)
Do samego portu jachtowego mamy kawałek. Bez mała 700 km, bo jacht stoi w Marinie Północnej w Świnoujściu. Tak więc, wieczorem, 11 lipca 2014 załoga wraz z bagażami pakuje się do samochodu i w drogę.
Na jacht okrętujemy się o godzinie 0330 12 lipca. Bierzemy tylko najpotrzebniejsze rzeczy z samochodu, czyli śpiwory, piwo i spać.

Tego samego dnia tylko trochę później, robimy przegląd jachtu, bo niby znany, ale po roku nieobecności parę rzeczy się zapomniało. No i na szczęście! Okazało się, że kingston odmówił współpracy. Znaczy zasysa, ale nie wydala. Po bezskutecznych próbach samodzielnego naprawienia go, skorzystaliśmy z uprzejmości miejscowej złotej rączki, pana Henia, który przybył w niedzielę, nie bacząc na świąteczny dzień, wyposażony w długi śrubokręt, bez którego naprawa nie mogła się udać. Wszyscy, a szczególnie jedyna kobieta w tym towarzystwie, byli przeszczęśliwi, że perspektywa korzystania z wiadra przez 2 tygodnie się oddaliła.

Plan był taki, żeby w sobotę wieczorem ruszyć w morze. Niestety. Kingston, deszcz oraz prognozy pogody 6-7 B, ostudziły nasze zapały. Postanowiliśmy poczekać do niedzieli. W niedzielę naprawiona została toaleta i przestało padać. W takim układzie zapadła decyzja, że wieczorem ruszamy.

O 2025, 13 lipca 2014 oddano cumy i dziób Pantai'a został skierowany w stronę Zelandii.


Krzysiek za sterem - chyba mu sie podoba

Pogoda: wiatr SW 5-6, stan morza 4-5, temperatura w dzień 27C, w nocy 18C. Prognoza na 12 kolejnych godzin - bez zmian. Dwa bochenki kanapek na drogę, termos gorącego napoju, szelki, fok, uśmiechnięte twarze i dzielny Pantai opuściły główki portu.


...mimo, że czasem łatwo nie było.

Początkowo wiatr sprzyjający bo zachodni i nie za silny. 3-4 B. Morze 2-3.
Linia lądu oddala się systematycznie a kreślone ołówkiem krzyżyki wyznaczają na mapie nowe pozycje. I im więcej krzyżyków, tym bardziej wiatr tężał, a fale coraz wyżej się wznosiły, przypominając raz po raz sternikowi, swymi śmiałymi bryzgami, do kogo morze należy. Gdy wychyliliśmy się za Arkonę ustalił się na SSW, 5-6 B, a czasem wydaje mi się, że nawet 7B też wiało.
Rzuca pod pokładem. Materac wypada spod śpiącego, zasztauowane naczynia lewitują, siniaków przybywa, słona woda kapie ze sztormiaków. Panowie zmieniają się co 2 godziny przy sterze.
Po drodze mieliśmy spotkanie z Duńską Strażą Przybrzeżną. Podpłynęli, postali, poobserwowali. Upewnili się, że dajemy radę i oddalili się w nieznanym kierunku.


Załoga w gali Klubowej. Od lewej, na dole: Mario, Edzia. U góry Franek, Krzysiek.

Trzymamy swój kurs z budującym poczuciem, że jakby co, to oni tu są, gotowi do pomocy.
Po 36 godzinach cumujemy w marinie Margretheholm w Kopenhadze.


Zdjęcia z Małą Syrenką mamy wszyscy, ...


... ale tylko Krzyś poszedł o krok dalej.

Kopenhagę mieliśmy zwiedzać na rowerach. Zgodnie z sugestią z jakiegoś przewodnika. Rowerek miejski. Kaucja 20 koron. Jak się odda rower, zwracana kaucja. To już przeszłość. Rowery miejskie owszem są, ale po 25 koron za godzinę użytkowania. Tak więc spędziliśmy 3 dni (wtorek, środę i czwartek) na włóczeniu się i podziwianiu starego miasta pieszo. Warto było. Kto nie był, to polecamy.


Mario miał okazję do zaprezentowania słynnej białej koszuli :)


Edzia za sterem w asyście Krzysztofa.

Kolejny skok, z Kopenhagi do Malmö w Szwecji, to najładniejszy dzień rejsu. Piękna pogoda, ciepło, idealny wiaterek ok. 3 B i w dodatku ze sprzyjającego kierunku. A odległość niewielka. Ok. 20 Mm. Ot taki spacerek popołudniowy.
Malmö też ładne, choć jeden dzień na zwiedzanie wystarczy, a dzięki uprzejmości Izy i Stanisława z córką, mieliśmy gotowy plan zwiedzania, przygotowany specjalnie dla nas.
Stanisław i Iza mieszkają w Malmö od kilkunastu lat, a my przez przypadek "zaparkowaliśmy" koło ich jachtu motorowego, którym akurat wrócili z wypadu na Bornholm.


Edzia w zabytkowej budce telefonicznej na rynku w Malmö.

W niedzielę, 20.07.2014 opuściliśmy marinę Limhamn Laguna i ruszyliśmy na południe.


Zbliżamy do mostu nad cieśniną Sund.

Kolejnym przystankiem miał być Bornholm i Christianso. Prognozy pogodowe raczej nadziei na to nie dawały, bo na Bałtyku jest zdecydowana przewaga wiatrów zachodnich, ale nie tym razem. Zapowiadane były wiatry wschodnie i to dość silne. Mimo wszystko postanowiliśmy spróbować. Najwyżej przeczekamy w marinie w kanale Falsterbo.
Rejs do kanału Falsterbo przebiegał przy bardzo przyjemnym wschodnim i połudnowo-wschodnim wiaterku o sile ok. 3 B, lekko tężejącym do 4 B.
Mieliśmy nadzieję, że może wiatr skręci na stałe na SSE, to będzie szansa na Bornholm. Niestety, za kanałem wiatr się ustabilizował na E i wzrósł najpierw do 5 a potem do 6 B. Stan morza 3-4. Bronholm odpada. Pantai na wiatr nie chodzi za ostro.


Most nad kanałem Falsterbo za nami.

Po konsultacjach ustaliliśmy, że płyniemy do Sassnitz. Znów obejrzymy sobie klify. Przecież wciąż są ładne. A poza tym nie wszyscy jeszcze widzieli. Dotarliśmy tam o 0830 21 lipca.
Ta oto pani przygotowała nam super rybkę, zakupioną w pobliskim sklepie. Prawie prosto od rybaków.


Ta oto pani ...

 


... przygotowała taką właśnie pyszną rybkę.

W Sassnitz, podobnie jak w Malmö, dłużej jak jeden dzień nie ma co robić, więc we wtorek o 1430, rzuciliśmy cumy i skierowaliśmy dziób dzielnego jachtu Pantai na Dziwnów, gdzie bez większych problemów, zacumowaliśmy o 0210 we środę. Najpierw w porcie rybackim, a następnie, już w ciągu dnia, przepłynęliśmy do mariny za mostem.
Dwudniowy postój w Dziwnowie wśród baaaardzo miłych wczasowiczów był sympatyczny.
Załoga świętowała pod okiem kapitanatu (każde przemieszczenie się jachtu, w tym z portu rybackiego do jachtowego, było monitorowane i zgłaszane). A świętować było co - łaskawość morza, które pozwoliło przepłynąć na żaglach 280 Mm, okrągłe urodziny Maria, imieniny Krzysztofa. Gitara, która rozbrzmiewała w Danii, Szwecji, Niemczech, wędrowała teraz wśród polskich rąk.
Niestety, czas wracać. W piątek rano wyruszyliśmy już ostatecznie w stronę domu, czyli najpierw do mariny w Świnoujściu, a potem znów samochodem do Kielc. Za rok, jak łaskawy Neptun pozwoli, znowu wyruszymy na Bałtyk. Gdzie? Się sobaczy. Cała zima na układanie planów.


Oby za rok w tym samym składzie. Od lewej: Krzysiek, Edzia, Franek, Mario.