WYSPY LIPARYJSKIE (EOLSKIE) majówka 2012

Z niezłym opóźnieniem, bo 10-cio miesięcznym, ale jakoś tak czas szybko biegnie i wiecznie go za mało. Dlatego też, nie wszystko może się zgadzać w 100%, ale mam nadzieję, że nie na tyle, aby wypaczyć znacząco relację. Poza tym wszystkiego i tak nie da się opisać i pokazać.

Widok na wyspę Lipari z krateru wyspy Vulcano

Pomysł rejsu na Wyspy Liparyjskie powstał (to już taka nowa świecka tradycja) w Galeonie przy piwku z Wasylem. Jakoś tak stwierdziliśmy, że może dalej gdzieś na południe, bo te majówki są ostatnio coraz chłodniejsze. Pomysłów było oczywiście kilka. Począwszy od Wysp Kanaryjskich, poprzez południową Turcję na Malcie skończywszy, ale koniec końców "padło" na Wyspy Eolskie.

No i super!!!

Dołączył do nas jeszcze Brysiu i Wasyl swoimi tajnymi ścieżkami zarezerwował dwa jachciki Beneteau Cyclades 50.4 i jeden Beneteau Cyclades 43.4 .

Załoga w komplecie, ale nazwy miejscowości już nie pamiętam. Milazzo?

Tak swoją drogą, to zdecydowanie nie polecam firmy Sailing Sycily race & service z Sycylii (jachty czekały w Portorosa). Obsługa przemiła, ale łódki totalnie nie przygotowane. Zamiast odebrać jacht 28.04.2012 ok. g. 0900 zrobiliśmy to dopiero 29.04.2012 po g. 1300. Bardzo wiele braków i usterek. Niektóre były usuwane już w innym porcie, bo zauważone w czasie rejsu. Dotyczyło to nie tylko mojego jachtu, ale wszystkich trzech.

Poza tymi niedogodnościami, rejs można uznać za baaardzo udany.

Ja ze swoją załogą wylądowaliśmy na Sycylii już we wtorek. Tańsze bilety lotnicze, a poza tym kilka dni na "aklimatyzację" i zwiedzanie Sycylii.

Mieliśmy zarezerwowane pokoje w super ośrodku, tuż przy porcie, za całkiem przystępną cenę, bo to dla Włochów jeszcze nie sezon.

Dwoma wynajętymi samochodami objechaliśmy Etnę dookoła i kilka miejscowości, poleconych przez Ewę, naszą załogantkę, która wraz ze swym synem, służyli nam za przewodników i tłumaczy, bo kilka lat mieszkali w Messynie, więc język włoski nie ma dla nich tajemnic.

W antycznym amfiteatrze. Ale gdzie?

Zwiedziliśmy więc Messynę, Milazzo i eee.... no... fajny był ten zamek, ale gdzie? Jak się od razu nie zapisze, to potem jest problem.


Trafiliśmy też na niewielkie jeziorko, oddzielone jedynie wąską plażą od morza, za to z cieplutką wodą, z czego co niektórzy skwapliwie skorzystali. Gdzie to było? Też nie pamiętam.

Gdzieś na Sycylii

W niedzielę po południu, po perypetiach z odbiorem jachtów, w końcu opuściliśmy Portorosa i skierowaliśmy się na najbliższą z wysp Eolskich, czyli Vulcano. 

Uwaga na skały! To nie o te chodzi?

Nawet nie po to, żeby ją zwiedzać, ale żeby już w końcu wypłynąć. Odległość niewielka ok. 20 Mm, więc bez problemu na noc stanęliśmy na kotwicach i był to taki wieczorek integracyjny na trzech jachtach. Oczywiście nie obyło się bez desantu na ląd. Przy podpływaniu do plaży pontonem, należy uważać na duże płaskie kamienie tuż pod wodą. W nocy ich nie widać i trochę nadszarpnąłem śrubę od silnika.

Następnego dnia byliśmy zmuszeni zawinąć do portu na Lipari, bo pod lewa rufową koją Oli i Arka zbierało się paliwo w znacznych ilościach i trudno było wytrzymać w oparach. Usterka ta miała być usunięta jeszcze w Portorosa, ale jakoś mało skutecznie. Miał przyjechać Fabio, z obsługi i coś zaradzić. Swoją drogą, bardzo sympatyczny.

Tak też się stało. Jednak trwało na tyle długo, że postanowiliśmy zostaliśmy na noc. W międzyczasie spenetrowaliśmy miasteczko Pignataro, a dziewczyny wyszukały stragan, gdzie zamówiły na następny dzień rano świeżutkie kalmary, krewetki i miecznika. Pierwszy raz jadłem miecznika. Przepyszny!!! Oczywiście trzeba potrafić go odpowiednio przyrządzić. A Ewa potrafi. Kalmary i krewetki to już tradycyjnie, specjalność Mileny.

Właśnie tej Mileny :) Od kalmarów.

Kolejny etap to Stromboli. Zaplanowany naturalnie tak, aby znaleźć się tam w nocy i podziwiać erupcje wulkanu. Ponieważ to też nie jest jakiś duży dystans, ok. 25 Mm, po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze na kotwicy w okolicach wyspy Panarea. Miało być pływanie w morzu, ale mimo ładnej, słonecznej pogody woda do najcieplejszych nie należała.

Codzienność na jachcie

Dodatkowo trochę wiatru też nie zachęcało do kąpieli, więc tylko krótki desant na ląd pontonem. Obiadek i w drogę.

Zgodnie z planem, ciemną nocą podpłynęliśmy pod Stromboli. Najlepszy widok na wulkan jest od strony zachodniej i tam właśnie się udaliśmy. Zdjęć niestety nie udało się zrobić bez profesjonalnego sprzętu. To poniżej, ściągnięte z netu, ale tak to mniej więcej wyglądało.

Stromboli

Za to wspomnienia bezcenne. Wulkan co 10-20 minut wyrzucał w górę płomienie pomrukując przy tym groźnie. Niektóre "wystrzały" były naprawdę spore i robiły wrażenie. Czasem rozżarzone jęzory lawy czy też żużlu spadały dość daleko po zboczach. Arek dobrał odpowiedni podkład muzyczny i dodatkowo wzmocnił wrażenia wizualne. Efekt był super!

Kilka godzin podziwiania wybuchów wystarczyło. Jakoś większość nie miała ochoty na wspinaczkę na szczyt wulkanu. Tym bardziej, że trzeba by czekać do 1800, czyli cały dzień, bo dopiero od tej godziny zaczynają się wycieczki z przewodnikiem. Samemu nie da rady.

Skierowaliśmy więc dziób jachtu na południowy-zachód, w stronę wyspy Salina.

Tu się trochę rozłączyliśmy z pozostałymi dwoma jachtami. Bryś został na Stromboli i chyba się wybrali na wulkan. Wasyl, co prawda, też popłynął w stronę Saliny, ale byliśmy poza zasięgiem UKF-ek.

Nad ranem rzuciliśmy kotwicę przed portem S. Marina Salina.

Salina

Za pomocą pontonu dostaliśmy się na brzeg i spenetrowali senne miasteczko.

W porcie spotkałem swojego kapitana z rejsu po Morzu Północnym w czerwcu 2010 roku, Białego Wieloryba. Zdobywałem wtedy staż na "morsa". Z sentymentem wracam wspomnieniami do tych dwóch tygodni.


Dotarł też Wasyl, ale po południu my popłynęliśmy zobaczyć drugą stronę Saliny, a on dalej na zachód, na wyspę Filicudi.

Już po zachodzie słońca wypatrzyłem na mapie malutki port Rinella, bardzo słabo opisany w locji, ale postanowiłem spróbować tam stanąć. Strzał w dychę, bo poza nami był tylko jeden jacht. Można było spokojnie stanąć longside i nie martwić się w nocy o kotwicę. Jedynie rano musieliśmy odpłynąć przed 1100, bo miał tam wchodzić prom. O 1100 już nas nie było.

Rinella

Rinella to mała mieścinka, bez turystycznego gwaru i tłoku. Lokalna knajpka z pizzą z pieca opalanego drewnem, piwo i mecz piłkarski. No i piękny widok na morze i inne wyspy. Ogólnie cisza i spokój.

Poszukiwanie meduz

Powoli kierowaliśmy się już w stronę Portorosa, czyli "do domu", ale jeszcze po drodze podjęliśmy próbę kąpieli w fajnej zatoczce pomiędzy wyspami Lipari i Vulcano. Pomimo krystalicznej wody i generalnie raczej ciepłej, na pewno dużo cieplejszej niż w sierpniu w Bałtyku, jakoś chętnych nie było. Nawet dzieciaki wykręciły się meduzami (bo parzą).

W zatoczce na kotwicy

Jedynie Arek z Olą popłynęli na plażę pontonem.

Ola i Arek na plaży

Ostatni przystanek przed powrotem do portu macierzystego to jeszcze raz Vulcano. Tym razem w porcie i na cały dzień z kawałkiem, żeby pozwiedzać, pooglądać, wdrapać się na wulkan i pomoczyć w siarkowym błocie.

W drodze na wulkan

Droga do krateru nie była łatwa, ale "dali my rade".

Siarkowa kąpiel...

... w sercu wulkanu

No i to właściwie byłby koniec. Następnego dnia odbiór jachtów odbył się bez problemów, chociaż dyskusji na temat stanu ich przygotowania do rejsu było mnóstwo.

Chętnie bym jeszcze raz wrócił na Wyspy Liparyjskie, bo 7 dni to zbyt mało, żeby wszystko zobaczyć. Mam nadzieję, że tak się stanie.

Franek