HORN  Zawiszą Czarnym na spotkanie z przygodą - opowieść Adama #
 

Zawiszą Czarnym na spotkanie z przygodą

Niby nie wielki rejs - Bałtyk Południowy, ale termin niesamowity: od 01 do 5 listopada. Czy w święto zmarłych można pływać jachtem? Czy to dobry moment na odejście od nabrzeża? Czy nie ma jakiś przesądów z tym związanych, tak jak z piątkiem?

Namawiałem kilkanaście osób, aby ze mną się wybrały na ten niewielki rejs, ale niestety mimo chęci ... nikt się nie zdecydował. Trochę tak głupio - nie znam jachtu za dobrze, nie znam kapitana, nie znam nikogo na jachcie. Ba, nie znam żaglowców. Nigdy nie miałem chęci pływać na wielkich okrętach, wyobrażałem sobie, że dostanę jaką linę pod opiekę i będę ją przez cały rejs pilnował, ewentualnie podczas żeglugi zdarzy się raz wybierać i raz luzować ten sznurek. Mimo obaw, jadę do Gdyni, połączenie dobre - wieczorem wyjazd - już na rano jestem w Gdyni. Czas 0530. Przecież nie będę budził ludzi na okręcie o szóstej rano. Przebąblowałem ze 3 godziny przysypiając na dworcu, w przerwach pomiędzy snami przerzuciłem kilkanaście stron książki Stanisława Teligi o wyprawie dookoła świata jego brata, Leonida na jachcie Opty.

Koło godziny dziewiątej jestem już w porcie. Najpierw rundka po basenie jachtowym, większość jachtów już śpi snem zimowym, na łożach umieszczonych wzdłuż nabrzeża, ale kilka wesoło kołysze się na drobnych falach i szarpie swe cumy w porannych, mroźnych podmuchach północnego wiatru. Jakby chciały się oswobodzić z uścisku portu, jakby chciały uniknąć niechybnego unieruchomienia na lądzie, jakby miały ochotę żeglować bez względu na warunki. Przecież jachty służą właśnie do pływania, a nie parkowania na betonie. Czuję się tak jak te jachty na cumach, niby jest dobrze, ale nie można się ruszyć, niby wszystko gra, ale swoboda to żadna będąc przywiązanym cumami do pracy obowiązków, zobowiązań i ludzi, miejsc i zdarzeń. Chyba jestem jak te jachty. Szarpię się chcąc zerwać się z postronka, ale ten niestety jeszcze trzyma za mocno. Ciekawe kiedy pod wpływem silnego Eola oraz zgnilizny czasu pęknie i pozwoli na rejs do marzeń?

Kogo spotkam na jachcie, co to będą za ludzie, czy chcą żeglować, czy też stanowią zwartą grupę kółka wzajemnej adoracji ?

Pierwsze spotkanie i ... miły uśmiech faceta z brzuszkiem: "właź na jacht, kapitana jeszcze nie ma, wiesz w której wachcie będziesz, jak nie to rzuć torbie i niestety trzeba na kogoś poczekać, kto wie". Hm, fanie jest. Liczyłem na kapitana, bo tylko jego znałem, co prawda telefonicznie i mailowo, ale i tak to znacząca znajomość zważywszy, że nie znam nawet jednej osoby z załogi. Pojawił się potem człowiek, który zdawało się wiedział więcej, pokierował gdzie trzeba, pokazał gdzie kambuz (zamknięty), kingston (otwarty), kubryk itd. jednak też nie znał rozkładu wacht. Chwilę potem okazało się, że będzie moim oficerem, oficerem IV wachty. Okazało się także, że jest to najliczniejsza grupa bo aż 9-cio osobowa z wachtowym i oficerem. W tej grupie znalazły się 3 młodsze osoby. Może dlatego miała to być większa grupa, aby ze względu na wiek móc w cięższych warunkach obsadzić stanowiska i dać radę grubym linom, ciężkim żaglom i namoczonym cumom?

Koło południa pojawił się kapitan - Tomek Grala. Równy gość, sam wyraz twarzy sprawiał wrażenie, ze to wesoły, dobrze usposobiony człowiek. Kto będzie go zastępował ? hm, znam go, jednak z innej strony - Waldek Mieczkowski. Tak, ten sam, który śpiewa, bawi i nagrywa. Autor, kompozytor, bard, a teraz także z-ca kapitana i co ważne świetny kompan we wspólnym żeglowaniu.

Szybkie prace na jachcie, zajmowanie koi (mnie przypadła dolna, świetnie nie będzie tak gorąco tak na górnej półce), klarowanie do odejścia, po zmroku - odejście, szybkie manewry w porcie, jeszcze szybsze sklarowanie cum i u-bot'owski silnik wypchnął nas poza osłonę falochronu. A tu niespodzianka, zdaje się, że północne wiatry są silniejsze niż myśleliśmy. Fala potężna. To Zatoka Gdańska, a co dopiero będzie na otwartym morzu? Na oko ma ze 2 metry, ale dla tego jachtu nie jest to zbyt wiele. Ciekawe czy dla załogi nie będzie to za dużo. Prezes pojawił się bardzo szybko, hołd dla neptuna został oddany. To tylko zwiastun wielu podobnych zdarzeń. Jacht pokrył się fragmentami pysznej kolacji, pokład główny był szybko przemywany słoną wodą, która obficie przeciskała się przez większe i mniejsze otwory w nadburciu, a jak nie chciała się nimi zmieścić, właziła ponad nim. Na schpardecku tyko nieliczne bryzgi dosięgały sternika. Pokład rufowy dość szybko przybrał kolory posiłku.

Mnie ta jazda dawała sporo radości, na początek za ster i kręcenie wielkim kołem. Działa trochę inaczej niż na J-80, tu trzeba się nakręcić, aby coś się ze sterem stało, a jeszcze więcej aby żaglowiec drgnął i zmienił kierunek choć nieznacznie. Tak było przez 10 min, potem okazało się, że tą fajerką kręci się jak na innych jachtach - delikatnie, bez nerwów. Mało ruchów, więcej uwagi i odczuwania duszy jachtu. Chyba się już zaprzyjaźniłem z nim, w zasadzie idzie jak po sznurku, słucha poleceń sternika przekazanych przez delikatne zmiany ustawienia steru. Dwa sztaksle ciągną fajnie, światła Zatoki prowadzą. Lubię to, ciężkie warunki, zimno, zacina deszcz lub bryzgi słonej wody z siłą porównywalną jedynie z armatką wodną ZOMO-wców z roku 80-tego. Piękna żegluga.

Po ponad godzinnej jeździe na wiatr i falę kapitan słusznie nakazał wykonanie zwrotu przez rufę i powrót, podczas zwrotu zwalono żagle i na motorze dość szybko wróciliśmy pod osłonę portu. Mijając nabrzeże Beniowskiego zastanawiałem się, czy wiedząc o prognozie pogody zwiastującej stężenie wiatru, kapitan zdecyduje się na wyjście na następny dzień, czy też jak poprzednim razem spędzę większość rejsu w porcie ? Na szczęście, rano okazało się, że kapitan jednoznacznie wydał poklecenia przygotowania jachtu (i załogi) do odejścia, kurs - Liepaja na Łotwie. Jednak zanim nastało rano, Tomek Grala i Waldek Mieczkowski przy współudziale mojego oficera - Kijusia oraz kilku innych osób dali koncert nad koncerty. Repertuar to piosenki Waldka, a także niemal wszystkie znane piosenki żeglarskie, znane piosenki turystów górskich, pojawiła się poezja śpiewana i liryczne dźwięki, które znam z lat harcerskich, powstańczych i buntu. Że to jeszcze ktoś pamięta i śpiewa?

Następny dzień to wyjście w morze. Zdążyłem już poznać kuka - podziwiam artyzm tego człowieka. Jedzonko naprawdę świetne, skąd on wie ile tego zrobić ? Chyba na tym rejsie nie schudnę, przecież nie odmówię sobie takich pyszności. Poznałem także zawsze uśmiechniętego bosmana. Równy chłop, można z każdą sprawą przyjść, zawsze ma czas aby pokazać, poinstruować, pomóc. Ten jacht nie zginie jak ma takiego opiekuna. Poznałem także szefa maszyn i jego pomocnika, młodego chłopaka, który na pytanie czy pokaże zaworki, kurki i rurki oraz czy wyjaśni do czego to służy, szybko odpowiedział, abym się zwolnił u oficera lub kapitana podczas manewrów, bo wtedy zobaczę szalone tempo przestawiania silnika z obrotów naprzód na obroty wstecz. Rozwiązanie to jest proste - nie ma sprzęgła i skrzyni biegów, silnik się kręci wraz z wałem i śrubą, albo w lewo, albo w prawo. Jednak, aby zmienić kierunek trzeba go zatrzymać, przekręcić wałek rozrządu i uruchomić ponownie wykorzystując sprężone powietrze o ciśnieniu 30 atm. zgromadzone w dwóch dużych butlach nabijanych silną sprężarką. Cóż, obejrzałem to wszystko tylko raz w manewrach i to łatwych, bo przy trudniejszych byłem jednak potrzebny na pokładzie rufowym do obsługi grubych cum.

Idziemy w morze, pogoda prześliczna, zimno jak diabli, czasem zdarza się, że zamiast deszczowych kropel po twarzy sieką kulki zbitego śniegu (krupy śnieżne) lub gradu wielkości małych orzechów laskowych. Gogle są w cenie, bez tego trudno patrzeć gdzie się płynie, trudno stać na oku czy za sterem. Oberwać taką kulką w twarz, to tak jak dostać gumowym pociskiem przez ubranie. Wyciągam, okulary narciarskie, podciągam stójkę sztormiaka i jest cudownie. Pewnie na jachcie nie ma wielu takich, którzy tą pogodą by się zachwycali, ale jak tego nie zrobić, jak jest mi niemal gorąco, sucho, mam gogle, a morze jest takie piękne. Za Helem zaczyna się niezła jazda, idziemy ostro do wiatru i bajdewindem do fali, bryzgi przechodzą przez schpardeck i stanowisko sternika. Jak nie jestem na górze, to włażę do nawigacyjnej rozgryźć choć trochę to co pokazuje ekran radaru. Świetne urządzenie, wraz z mapą papierową lub c-mapem tworzą świetny zestaw, a on sam pokazuje to czego nie widać. Będę musiał popracować nad interpretacją wskazań ekranu, ale już wiem, ze w przyszłości chcę mieć takie urządzenie na jachcie. Przypomina mi się rejs w białym gęstym mleku z Gdyni do Władysławowa na jachcie Coriolis. Pół drogi zastanawiałem się jak trafimy w port, nie mając nic poza sondą głębokości i mapą, jak ledwie widać dziób jachtu. Radar to jest to!

Godziny lecą, mile przybywają, jednak zapowiedzi huraganu chłodzą emocje, kapitan coraz częściej marszczy czoło. Wieje pewnie koło 10 stopni, może więcej. W szkwałach na pewno więcej, i to sporo. Fala wydaje się, że jest wysokości pokładówki czyli ze 4 metry, może to tylko wrażenie, ale jeśli tak to bardzo realistyczne. Gdy słyszałem, że ktoś miał sztorm w Grecji lub na Adriatyku o sile 7 i fale były jak domy, to teraz wiem, że chodziło o ziemianki, 4 metry to pewnie wszystko co było, ale robi wrażenie fala jak dom parterowy. Świetny obiad nie cieszył się wielkim powodzeniem. Zjadłbym za innych wszystko, ale rozsądek podpowiadał, że nie mogę dokładek, bo brzuch nie zmieści mi się niedługo w spodnie sztormowe. Pod wieczór ktoś odebrał małym radyjkiem wiadomość, że na Bałtyku sztorm. Hm, widać to na lewo i prawo, ale w tym sztormie tonie kontenerowiec pod szwedzkim brzegiem, tam szaleje wicher o sile 12 stopni - huragan. U nas będzie za kilak godzin. Kapitan decyduje o odwrocie. Pewnie do Liepaji byśmy doszli, ale straty w załodze były by znaczne. Znaczna jej część ledwie żyje, albo wymiotując albo będąc na prochach usiłując spać. Tak. Dla nich to nie jest rejs życia, tylko przeżycia. Słuszna decyzja, przecież szkoda wykańczać tak załogę, jeśli wszystko wskazuje, że dojście jednym halsem nie wchodzi w grę, a ten jacht ma kąt martwy pewnie ze 140 stopni. Trzeba mieć bardzo pewną rękę i uważne oko, aby wyzyskać każdy metr na wiatr. A ten tężeje, fala rośnie, prędkość pod trzema żaglami znakomita, piękna jazda . dla tych, którzy mogą ustać na nogach i żołądek pozwala na podziwianie takiej żeglugi.

Droga powrotna była szybsza, ale fala "woziła" jacht we wszystkie strony. Przechyły do 45 stopni, to dla takiego jachtu dość dużo. Sprawne wejście do portu Hel, manewry cumowe, wachta trapowa i można wypić piwo na dobry sen.

Kolejny dzień to śnieg na pokładzie, zimny, ale jakby słabszy wiatr, trochę czasu na zwiedzenie miasta, a właściwie Kapitana Morgana. Z Helu popłynęliśmy w pobliże głębinki przy przejściu na Zatokę Pucką i wywaliliśmy za burtę wielkie "żelazko", czyli kotwicę. Jacht stabilnie i pewnie stanął dziobem do wiatru, a falowania prawie się nie odczuwało.

Godziny mijały, zimny wiatr wiał, impreza w kubryku z gitarami się układała znakomicie, ale trzeba było w nocy stanąć na wachcie kotwicznej. Polegało to na obserwowaniu, czy aby kotwica się po dnie nie wlecze za jachtem. Z pozoru prosta sprawa, ale laicy pewnie zapytają czy w nocy widać tą kotwicę na dnie i czy da się zauważyć jak się przesuwa ? Pytanie jak najbardziej zasadne, ale robi się to trochę inaczej. Na małym jachcie, nie wyposażonym w zestaw elektronicznych przyrządów wspomagania nawigacji, obok kotwicy wrzuca się do wody ręczną sondę głębokości pozostawiając odpowiednio długi zapas luźnej linki. Gdy się napręży linka, trzeba dokładnie sprawdzić z jakiego powodu ? Jest możliwe, że jacht wlecze kotwicę. Na żaglowcu można wykonywać namiary i określać pozycję, bądź zapisać pozycje GPS-u i kontrolować ją co jakiś czas. Dobre urządzenia mają także alarm kotwiczny, który sam nas zawiadomi, że coś się dzieje niedobrego z naszą pozycją. Na Zawiszy jest i GPS, są możliwości zrobienia namiarów, jednak wachta ma także inne ważne zadanie - patrzeć, czy coś nas nie rozjedzie. Żaglowiec co prawda to nie kajak i zauważyć się da, ale zdarzało się już w historii rozjechanie małą łodzią rybacką jachtów na kotwicy, albo wjechanie dużym kutrem na mniejszą łódź.

Po śniadaniu w drogę - na Hel. W drodze - zbiórka załogi na pokładzie i uroczyste oddanie hołdu "Pawulonowi", koledze żeglarzowi, którego już nie zobaczymy. Symboliczny wieniec spłynął z rąk Kapitana na słone wody Zatoki. Potem symboliczna szklaneczka grzańca i manewry cumowania jachtu do falochronu południowo zachodniego. Sprzątanie jachtu, gry i zabawy ludu polskiego, Kapitan Morgan, spacery itp. Wieczorem załogowe wyjście do knajpy. Nikt jej nie zamówił i o dziwo ! mimo fatalnej pogody, zimna i listopadowego okresu pustki w kurortach, knajpa pełna. Na szczęści na Helu jest jeszcze kilak miejsc, gdzie można usiąść z gitarami i pośpiewać wszelakie pieśni. Impreza potrwała długo, jeszcze nie świtało, ale do rana nie wiele czasu pozostało. Po śniadaniu i sklarowaniu jachtu, punkt o 1200 wyjście w morze. Jeszcze takich warunków nie było w czasie, kiedy trzeba podać obiad. Kuk przezornie zupy nie dosolił, a i tak niektóre wazy były zimne i słone, ale cóż, zaburtówki czasem lunęło za dużo. Nawet w mesie, przy kapitańskim stole pierwszy zestaw naczyń i sztućców poleciał na podłogę. Odcinka pomiędzy kambuzem, a zejściem do jadalni nie dało się przejść na sucho. Każda fala wchodziła na pokład.

Na szczęście nasz oficer - Kijuś miał kompletny sztormiak wraz z gumiakami i zajął się próbą przenoszenia możliwie na sucho poszczególnych porcji przez otarty pokład. Bryzgi były rzęsiste, na szczęście chętnych do jedzenia było bardzo mało i wystarczyły dwie wazy (zamiast czterech) oraz 16 porcji drugich dań (zamiast blisko trzydziestu). Chwilę po obiedzie i uprzątnięciu niezłego bałaganu zaczęły się manewry portowe. Sprawne złożenie żaglowca burtą do nabrzeża z wykorzystaniem zacieśnienia cyrkulacji i sterowania jachtem bez prędkości za pomocą odpowiedniego ustawienia steru i kierunku obrotu śruby, pozwoliły na zacumowanie w miejscu przeznaczonym dla Tego żaglowca. 20 minut później kapitan przeprowadził odprawę z rozdaniem zaświadczeń o odbyciu rejsu, gratulacjami i uściskiem dłoni. Wystarczyło teraz sklarować jacht, wysprzątać "rejony" i jesteśmy wolni. Nasza wachta miała kambuz, ale ponieważ sklarowaliśmy go jeszcze daleko od lądu . pracę zakończyliśmy błyskawicznie. Ponieważ miałem szanse na zdążenie na pociąg, dość szybko się zwinąłem ze swoimi gratami i szybkim krokiem przez płaczące deszczem ulice Gdyni, żegnające żeglarzy, być może na długi zimowy sezon, przesunąłem się na dworzec. Niestety połączenie sensowe będzie za 6 godzin, a już za chwilę jest z czterema przesiadkami, pociągami osobowymi i marszobiegiem pomiędzy dwoma różnymi stacjami PKP w Częstochowie. Na kolei chyba kogoś pokręciło równo. Oni nigdy nie będą firmą przynoszącą zyski. Cóż, poczekałem do 23 i bezpośrednio z dworca pognałem do pracy.

Cały rejs zaskoczył mnie bardzo. Mimo, że nie było okazji poznać zbyt wiele osób osobiście, mimo, że mogłem czuć się obco na nieznanym jachcie, w nieznanych warunkach z nieznanymi ludźmi, to jednak pierwsze minuty żeglugi dały mi poczucie bliskiej więzi z Żaglowcem, wystarczyło kilka pierwszych, potężnych fal, by radość przeżywania czegoś wspaniałego rozpaliła wnętrze do czerwoności. Te pierwsze chwile na jachcie dały mi przekonanie, że bez względu na wszystko, rejs będzie udany, a mając okazję zobaczyć jak dowodzą, jak manewrują, jak prowadzą rejs, jak współdziałają z załogą nasi dowódcy - Kapitan - Tomek i jego Zastępca - Waldek, zrozumiałem, że żeglarstwo lubię w każdym wydaniu. Od prowadzenia jachtu w Chorwacji, przez dowodzenie "jotką-80" w rejsie na Wyspy Owcze, przez sztormowanie na 7,5 metrowym jachcie w załodze dwu- osobowej, do zmywania naczyń na Żaglowcu. Zapomniałem już jak to jest być załogantem. Po rejsie spojrzałem i w zasadzie nigdy nie byłem załogą bez funkcji, zawsze albo oficer, albo skiper. Teraz wreszcie miałem okazję popływać jako załogant, wspaniała sprawa - mieć przeczucie, że są na pokładzie ludzie gwarantujący bezpieczną i dobrą żeglugę, zajmujący się nawigowaniem, obmyślaniem planu manewrów, humorem i sprawnością załogi. Wreszcie nie muszę zajmować się wieloma sprawami, zastanawiać się jak to będzie, czy jacht wytrzyma, czy wytrzymają ludzie, czy zapasy wody się nie zepsują, czy nie zadrapiemy jachtu, czy załoga się czegoś nauczy, czy w porcie jest miejsce, czy niemal bez końca.

Ten rejs także pokazał, że nie jest tak źle z wiedzą i umiejętnościami samouka z Kielc. Rejs dał perspektywę i dystans do innych, wcześniejszych wypraw. Jeśli udało się bezpiecznie i szczęśliwie, bez strat w sprzęcie i ludziach prowadzić niezliczone rejsy w Chorwacji, morzu bałtyckim, czy północnym, jeśli udało się przeprowadzić jacht przez Pentland, Owcze, czy fiord Mo, to znaczy, że przyjęty model doskonalenia żeglarskiego jest słuszny. Na szczęście nie wiele mamy wspólnego w naszym Klubie z dziwnym podejściem do realizacji tej formy wypoczynku, jaka jest niemal powszechna w Kielcach, gdzie żeglarstwo opiera się o walki i kłótnie o nieistotne sprawy, władza ma własne, często niedorzeczne pomysły, kluby prawie nie istnieją, na palcach obu rąk można wymienić żeglarzy morskich, a o podnoszeniu kwalifikacji myśli się przez pryzmat zysków ze szkolenia, a nie jakości zajęć, doboru kardy i uaktywniania i popularyzacji tego sportu i hobby. Jest coś ciekawego w zajadłości i podstępności małych ludzi myślących kategoriami partykularnego interesu i wycinających rzekomą konkurencję na polu żeglarstwa. Może moje harcerskie korzenie inaczej stymulują podejście do tego tematu. Zabawa, hobby, pasja, życie, a nie interes. Może zdarzy się kiedyś, że w Kielcach znajdzie się kilkudziesięcioosobowa grupa ludzi myślących podobnie. Teraz jest nas kilkunastu. Może wyłonią się żeglarze, którzy przepłyną Horn, obie Ameryki, Afrykę, czy też zrobią wielkie koło. Może sprzeciwiając się małostkowym ludziom pozwolą sobie na uwolnienie wyobraźni i z ułańską fantazją oraz z głodem przygody popłyną w świat.

Jesienny, sztormowy rejs na Zawiszy Czarnym. Świetna przygoda, świetna sprawa. Następnym razem także płynę.

Pozdrawiam

Adam Rogaliński


 
# Zawiszą Czarnym na spotkanie z przygodą - opowieść Adama KM"HORN"